Zimna wojna pod biegunem

Historia zainspirowana wizytą w opuszczonej stacji DYE-2 w maju 2006 r.

Wielopiętrowa konstrukcja wyłaniająca się z białej pustki 200 km od zachodniego wybrzeża Grenlandii to opuszczona stacja wczesnego ostrzegania DYE-2, która przez kilka dekad była elementem amerykańskiego systemu obrony radarowej. Zlikwidowana nagle w 1988 roku, choć w coraz gorszym stanie, stanowi wciąż doskonały przykład gigantycznych nakładów poczynionych przez Amerykę dla zapewnienia sobie poczucia bezpieczeństwa.

Podróż do wnętrza stacji

Chłód zimnej wojny miał znaczenie nie tylko symboliczne. W istocie największe wojskowe instalacje tamtych czasów powstały na dalekiej Północy. Wszak granicą oddzielającą terytoria zmagających się potęg były zamarznięte wody Morza Arktycznego. Nigdy wcześniej nie prowadzono w Arktyce inwestycji na taką skalę, jak podczas zimnej wojny. Nigdy też nie przebywało w tym regionie tyle ludzi na raz. Ani podczas intensywnych polowań na wieloryby w XVII i XVIII w., ani wypraw w poszukiwaniu drogi na Daleki Wschód, czy do bieguna.
Arktyka zyskała znaczenie militarne podczas II wojny światowej. Powstały tu wówczas liczne stacje meteorologiczne. Jednak rozległe dziewicze obszary Oceanu Arktycznego nadal pozostały nietknięte. Nie na długo. Przewidywano, że jeśli wybuchnie III wojna światowa pomiędzy Zachodem a światem komunistycznym, jej centrum strategicznym będą okolice Bieguna Północnego. Wkrótce rosyjska Syberia, amerykańska Alaska, kanadyjska północ i duńska Grenlandia - wszystkie te rejony wraz z rozciągającymi się między nimi zamarzniętymi wodami - stały się jednym z głównych teatrów zimnej wojny.
Aby dostać się do wnętrza DYE-2, trzeba zejść po dziesięciometrowej skarpie śnieżnej do podnóża dźwigarów, na których wznosi się budowla. Stacja zdaje się tonąć w otaczającej ją śnieżnej równinie jak w bagnie. To jednak nie ona się zapada, lecz przybywa wokół śniegu. Do środka wchodzimy po drabinie. Wewnątrz panują ciemność i przenikliwe zimno. W świetle latarek widać oznaki szybkiego opuszczenia obiektu i ślady licznych późniejszych odwiedzin. Potężne agregaty prądotwórcze i ciężki sprzęt techniczny, warty tysiące dolarów, pozostały nietknięte. Zniknęło to, co miało wartość praktyczną, a dało się spakować i wywieźć. Mimo znacznego oddalenia od najbliższej osady, przez 18 lat od opuszczenia stacji docierały tu liczne "wyprawy łupieżcze". Zabierano narzędzia, śrubki, nawet papier toaletowy. To co zostało, poniewiera się porozrzucane w niesamowitym nieładzie. Zwiedzając niszczejący budynek, trudno stwierdzić, co bardziej zadziwia - wandalizm w tak odległym od cywilizacji miejscu, czy absurd samego faktu powstania tej monstrualnej budowli.


Stacja DYE-2 pod koniec budowy w 1960 r... (foto: Bill Lane)

... i w 2006, 18 lat po jej zamknięciu [»» więcej zdjęć]

Wyścig zbrojeń pod biegunem

Cofnijmy się do początku lat 50. Rosnące napięcie między Stanami Zjednoczonymi a ZSRR powoduje, że znaczenie militarne Arktyki szybko rośnie. Nad niedostępnym przez wieki Biegunem Północnym i Morzem Barentsa prawie codziennie przelatują amerykańskie samoloty, a wraz z przystąpieniem Danii do NATO na Grenlandii, po krótkiej powojennej przerwie, znów aktywizują się amerykańskie bazy wojskowe.
Rozpoczyna się wyścig zbrojeń wspomagany szybkim postępem technicznym i kampanią strachu. Amerykanie i Rosjanie dysponują bombowcami zdolnymi do lotu ponad biegunem, które mogą dostarczyć śmiercionośny ładunek nad miasta przeciwnika. Gigantyczne wysiłki pierwszych dwóch dziesięcioleci zimnej wojny miały więc jeden cel: jak najwcześniej wykryć i uprzedzić atak wroga.
Lęk przez radzieckim atakiem sprawia, że Amerykanie decydują się na inwestycje o niespotykanej dotąd skali. Zawrotną karierę robi radar, który ma wykryć nadlatujące bombowce Powstaje Distant Early Warning Line (w skrócie DEW Line) - gigantyczna sieć ochrony radarowej składająca się ze stacji rozrzuconych na całej długości amerykańskiej Arktyki - od Alaski po Grenlandię.
Arktyka nie była łaskawa dla budowniczych. Pracowali w skrajnie trudnych warunkach. Składały się na nie m.in. przemarznięty grunt, zimno, olbrzymie dystanse, huragany, brak ludzkich osad w pobliżu. W najtrudniej dostępnych miejscach ekipa techniczna lądowała śmigłowcem, a maszyny zrzucano na spadochronach. Wszystko to było oczywiście bardzo kosztowne. Jednak pieniędzy na inwestycje militarne wtedy nie brakowało. W rezultacie w ciągu zaledwie kilku lat północne wybrzeże Ameryki na stałe zmieniło swoje oblicze. Do budowy zatrudniono Eskimosów i w pobliżu stacji radarowych wyrosły małe cywilne osiedla, w których zamieszkali niedawni łowcy fok.

Na Grenlandii podczas zimnej wojny działały trzy amerykańskie bazy wojskowe. Dwie z nich - Sondrestrom na zachodzie i Narsarsuaq na południu - należały do lotnictwa. Po ich likwidacji Grenlandia dostała w spadku dwa międzynarodowe lotniska używane do dziś. Trzecią bazę zlokalizowano w Thule w północno-zachodniej części wyspy. To ona miała być punktem startowym ewentualnej akcji odwetowej przeciwko ZSRR. W krótkim czasie jej personel zwiększono do 6 tys. osób, powiększając go potem jeszcze o kolejne 4 tys. osób. W okresie mobilizacji stacjonujące tu amerykańskie latające fortece B-52 z bombami atomowymi na pokładzie były w każdej chwili gotowe do startu.
Poza bazami Amerykanie zainstalowali na Grenlandii także cztery stacje radarowe sieci DEW Line. Wielkie czasze radarów miały być rozszerzeniem oczu i uszu Ameryki na wschód. Budowa dwóch stacji, DYE-2 i DYE-3, z racji lokalizacji na środku lądolodu, okazała się nie lada wyzwaniem. Nikt wcześniej nie stawiał budynków w takich miejscach - na lodzie o grubości ponad 2 tys. metrów, przykrytym stumetrową warstwą stale przyrastającego śniegu. Wszystko, co było potrzebne do budowy, dostarczono Herculesami latającymi z bazy Sondrestrom. Osadzenie konstrukcji na wysokich kolumnach miało zabezpieczyć przed tworzeniem się zasp. Aby przeciwdziałać „tonięciu” stacji, przewidziano możliwość podnoszenia budynków.
Wewnątrz oprócz urządzeń radarowych i komunikacyjnych czy olbrzymich agregatów znalazło się miejsce do pracy, mieszkania i rozrywki dla załogi. Nie szczędzono wydatków na komfort ludzi pracujących w tych wysuniętych placówkach obserwacyjnych. Znakomite wyżywienie sprawiło, że zakontraktowanym pracownikom zalecano zabranie ubrań o rozmiar większych niż zwykli nosić.
Wędrując po korytarzach DYE-2, można odnieść wrażenie, że stacja żyła własnym życiem odizolowanym od srogich warunków zewnętrznych. Jednak natura żyła również własną dynamiką - śniegu przybywało szybciej niż przewidywano, a pełznięcie lądolodu wywoływało naprężenia konstrukcji. Aby je zlikwidować, obie stacje przesunięto o kilkadziesiąt metrów. Odwiedzamy kuchnię z jadalnią, pokoje i mieszkania pracowników, salę ze stołem bilardowym, salę kinową i przeróżne inne pomieszczenia, jak ciemnia fotograficzna czy pralnia. Na ostatnim piętrze znajdujemy serce systemu - sprzęt radarowy. Tu przez całą dobę czuwano na zmianę przy oscyloskopach. Wyżej, osłonięta kopułą nadającą stacji "cerkiewny" wygląd, obracała się antena radaru.

Sieć DEW Line, choć zbudowana z takim mozołem i za olbrzymie pieniądze, szybko straciła na znaczeniu. Przyczynił się do tego rozwój techniczny, a także rosnące zagrożenie atakiem przy pomocy rakiet samosterujących. Dodatkowo okazała się piekielnie droga w utrzymaniu. W latach 80. zbudowano więc nową sieć zwaną North Warning System, opartą na automatycznych stacjach radarowych. Wiele z nich powstało w miejscu stacji należących do DEW Line. Wkrótce potem ZSRR upadł, zimna wojna się skończyła i także ta sieć straciła na znaczeniu. Stacje położone w Kanadzie przekazano Kanadyjczykom. Systemy nasłuchu radarowego nie przeszły zupełnie do historii. Dwa i pół roku temu po długich pertraktacjach USA, Dania i rząd autonomii grenlandzkiej podpisały zgodę na modernizację radaru w bazie w Thule. Dziś działa tam jedna z trzech stacji systemu wczesnego ostrzegania przed pociskami balistycznymi BMEWS (Ballistic Missile Early Warning System). Pozostałe dwie znajdują się na Alasce i w Wielkiej Brytanii. Kosztował on miliard dolarów i może wykryć atak z wyprzedzeniem 15-minutowym. W Thule pracuje obecnie ok. 800 osób, w tym 130 żołnierzy. Natomiast tuż koło niszczejącej stacji DYE-2 dwie osoby utrzymują od kwietnia do sierpnia śnieżny pas startowy służący do nauki startów i lądowań pilotów, którzy później polecą z transportem na Antarktydę. Te misje są już najzupełniej pokojowe.

Sieć wczesnego ostrzegania DEW Line

Pierwszy, zachodni odcinek systemu powstały we współpracy z Kanadą gotowy był w 1957 r. Stacje rozmieszczono równomiernie na długości prawie 6 tys. km od Alaski po Ziemię Baffina. W celu wyznaczenia 63 lokalizacji wykonano ponad 80 tys. zdjęć lotniczych. Na północ przetransportowano 460 tys. ton materiałów, a do budowy zaangażowano 25 tys. ludzi. Cena przedsięwzięcia wyniosła 750 mln ówczesnych dolarów. Załogi siedmiu głównych stacji cieszyły się bogatym zapleczem w postaci barów, sal gimnastycznych czy bibliotek.
Między stacjami głównymi zbudowano mniejsze stacje pomocnicze obsługiwane przez zespoły trzyosobowe (kierownik, kucharz i mechanik) oraz bezzałogowe, kontrolowane raz na kilka miesięcy, stacje pomocnicze. Nad całością czuwały centra kontroli, do których stale napływały dane ze stacji radarowych. Specjalnie opracowany system komunikacji radiowej miał być odporny na zakłócenia związane z bliskością bieguna magnetycznego.
Wschodni odcinek DEW Line, oddany do użytku w 1961 r., złożony był zaledwie z czterech stacji, a kosztował więcej niż wszystkie pozostałe. Przyczyną były niezwykle wymagające technicznie lokalizacje dwóch z nich na powierzchni lądolodu grenlandzkiego. System był w stanie wykryć lot bombowca, jednak był bezradny wobec zagrożenia ze strony międzykontynentalnych pocisków balistycznych i łodzi podwodnych.
Zasiedlanie nieużytków

Dla Eskimosów (Inuitów) arktyczne inwestycje nie zawsze wiązały się z korzyściami w postaci np. zatrudnienia czy dostępu do dobrodziejstw cywilizacji. Nie obyło się bez nadużyć wobec niektórych z nich. Rząd kanadyjski zaniepokojony liczną obecnością obywateli USA na swoim terytorium (chodzi o personel baz) zdecydował się na "kanadyzację" odległych krańców Arktyki, czyli zasiedlenie jej własnymi obywatelami z północnego Quebecu. Część przesiedlonych po pewnym czasie chciała wrócić. Nie było to łatwe, bowiem kanadyjskie władze finansowały podróż tylko w jedną stronę. Dziś wśród jałowych, arktycznych pustkowi, na przykład w w osiedlu Resolute (Qausuittuq), dorasta już drugie urodzone tam pokolenie. Na Grenlandii z kolei z powodu rozbudowy bazy Thule wysiedlono ok. 100-osobową grupę Eskimosów polarnych. Na wyprowadzkę dano im cztery dni, polecając przenieść się 150 km na północ do osady Qaanaaq. Dodatkową krzywdą było skażenie środowiska spowodowane katastrofą w 1968 roku samolotu B-52 z bombami wodorowymi na pokładzie.
Miasteczko naukowe wewnątrz lodowca

Stacje radarowe nie były jedynymi instalacjami zbudowanymi na lądolodzie grenlandzkim. Osobliwym projektem był Camp Century - miniaturowe miasto zbudowane w tunelach wydrążonych w lodzie, zasilane własnym, pierwszym na świecie przenośnym reaktorem atomowym, zamieszkane przez ponadstuosobowy zespół wojskowo-naukowy. W latach 1959-1965 testowano tam możliwości bytowania w trudnych warunkach i prowadzono badania naukowe. W perspektywie na lądolodzie miały powstać wyrzutnie rakietowe. Inaczej niż w przypadku stacji DYE-2 i DYE-3, materiały do budowy Camp Century przewieziono lądem. Olbrzymie traktory w ślimaczym tempie ciągnęły wagony sań. O ile dla naukowców Camp Century był ekscytującym obiektem, to personel wojskowy był znacznie mniej zadowolony z życia w ciasnych podziemnych korytarzach.

Sznurki

Więcej informacji:
Ice Men, A History Of The Arctic And Its Explorers, Mick Conefrey, Tim Jordan; w książce wykorzystano informacje pochodzące z licznych źródeł dokumentalnych
Here The U.S. Fights the Coldest War - Life Magazine March, 1963

ToMasz
19-12-2006