
Potężne silniki napędzające cztery śmigła wyją tak głośno, że chcąc ratować uszy,
pakujemy w nie zatyczki, które dostajemy od amerykańskiego żołnierza. Na środku podłogi
wyłożonej rolkami ułatwiającymi przesuwanie ładunku leżą nasze rzeczy i kilka wojskowych
worków. Siadamy na rozkładanych siedzeniach przymocowanych wzdłuż kadłuba i czekamy,
aż potężny wojskowy transportowiec Hercules C-130 uniesie nas ponad Lądolód
Grenlandzki.

Wnętrze samolotu w niczym nie przypomina wystroju maszyn pasażerskich.
Wszelkie instalacje są nieosłonięte, pozwalając na studiowanie anatomii Herculesa. Blade
światło żarówek dopełnia blask bijący przez kilka małych okienek.
Po kilku minutach od startu widać przez nie uszczelinioną krawędź lądolodu.
Jego przybrzeżna faktura przypomina pomarszczoną skórę słonia. Zamarznięte jeziorka na
przedpolu są jak krople potu wyciśnięte latem zeszłego roku przez lodowe cielsko napierające
z wnętrza największej wyspy świata.

Kurze łapki na białej powierzchni to pasma drobin
skalnych zabranych nunatakom przez przesuwający się wokół nich lód.
Po chwili cała ta różnorodność wzorów zamienia się w jednolitą białą płaszczyznę. Po
godzinie lotu zobaczylibyśmy znów urzeźbioną krawędź lodu na wschodnim wybrzeżu
Grenlandii. My jednak lądujemy w jej wnętrzu, pośrodku niczego, gdzie wokół jedynie biel
śniegu. To Camp Raven - miejsce treningowe pilotów 109. Skrzydła Gwardii Narodowej (109th Air Wing, New York Air National Guard), którzy
potem polecą z transportem do amerykańskich stacji badawczych na Antraktydzie. Zanim
zostaną tam wysłani, muszą przećwiczyć lądowanie i start na śniegu, wykorzystując jedynie
radar pokładowy.
Najbliższym poligonem stacjonującej w Nowym Jorku jedynej jednostki wyposażonej w
Herculesy jest Grenlandia. Wiosną i latem wojskowe transportowce na lotnisku
Kangerlussuaq oraz Amerykanie obecni w miasteczku zdają się przypominać o istnieniu dawnej bazy wojskowej Sondrestrom.
Poza oznaczonym rzędami chorągiewek pasem ubitego śniegu, wieżą kontrolną w postaci
namiotu i pozostałymi elementami obozowiska, jedynym stałym punktem krajobrazu jest
wielka konstrukcja opuszczonej stacji wczesnego ostrzegania DYE-2, reliktu czasów zimnej
wojny.

Lou i Mark, którzy na cztery miesiące zostawili swój dom w gęstym lesie stanu Montana, patrzą na niczym nieograniczony horyzont, pracując przy utrzymaniu śnieżnego pasa startowego (skiway) i podając pilotom informacje o warunkach atmosferycznych. Mieszkają w namiocie ogrzewanym benzynowym piecem, prąd czerpią z siłowni wiatrowej i paneli słonecznych. Drugi namiot i mały drewniany budynek służą pojawiającym się tu czasem naukowcom tudzież innym gościom. Ubikacja-sławojka, dwa skutery śnieżne, dwa traktory do utrzymania lądowiska dopełniają obrazu Camp Raven. Wszystko rozmieszczone w dużej odległości od siebie, co przeciwdziała tworzeniu olbrzymich zasp śnieżnych. Zamiecie śnieżne i zmienna pogoda w tym rejonie wnoszą urozmaicenie w obraz białej pustyni.


Rano rozpoczyna się ruch w eterze - piloci zgłaszają kolejne lądowania. Dzisiaj do Raven lecą dwie misje. Właśnie zbliża się kolejna maszyna zostawiając za sobą czarną chmurę spalin. Droga lądowania jest dosyć krótka. Samolot ląduje na płozach, ślizga się po śniegu, zawraca i po chwili znów wznosi się w powietrze.Czasem przy starcie pomaga sobie rakietą. Wtedy oprócz tumanu śnieżnego pyłu widać za nim ogień. Kilka prób startu i lądowania, po czym załoga wraca do Kangerlussuaq, niegdysiejszej amerykańskiej bazy wojskowej, zwanej nadal przez Amerykanów Sondy.
Po południu Mark uruchamia ciągnik z podczepioną ugniatarką, która rzeźbi w powierzchni lądowiska sztruksowy wzorek. Kiedy ostatni samolot wróci do bazy, pas startowy jest przygotowany na następny dzień, a na horyzoncie nie pojawiają się kolejni narciarze trawersujący lądolód, Lou zakłada narty i rusza przed siebie bez celu. Gdy budynek stacji DYE-2 staje się tak mały, że prawie go nie widać, pada na śnieg i rozkoszuje się przestrzenią. Albo zamyka oczy i wędruje bez obawy, że się o coś potknie. Na ślepca można również prowadzić traktor urozmaicając sobie wielogodzinne powolne ugniatanie śniegu. Co kilka minut otwierasz oczy i patrzysz jak bardzo zjechałeś z linii prostej. Lepiej jednak, by piloci nie widzieli wykrzywionego wzoru, więc takie numery tylko wtedy, gdy wiesz, że wiatr zasypie ślad śniegiem.
Koszty polarnego szkolenia pilotów zdają się być ogromne. To jednak nic wobec kosztów przedsięwzięć z czasów minionych. Zimna wojna miała swe centrum na biegunie północnym, a rozmach arktycznych instalacji militarnych oraz eksploracji tego dotychczas trudno dostępnego rejonu świata nie miały sobie równych. Wycieczka po opuszczonej stacji DYE-2 jest pełna wrażeń. Sześciopiętrowy budynek postawiony na stalowych dźwigarach wieńczy kopuła osłaniająca radar, która nadaje mu nieco cerkiewny wygląd. Aby dostać się do środka, trzeba najpierw zejść po śnieżnej skarpie ponad dziesięć metrów do podstawy dźwigarów. Budynek zdaje się tonąć w otaczającej go równinie. Jednak to nie budynek się zapada, lecz przybywa wokół niego śniegu, którego tempo akumulacji wynosi ok. 1 metr rocznie. Po drabinie i schodach wdrapujemy się na pierwszy poziom.

Wnętrza noszą znamię szybkiego opuszczenia. W obawie przed zawaleniem budynku (wedle oficjalnej wersji), 1 października 1988 r. wydano polecenie natychmiastowej ewakuacji. Praktycznie wszystko pozostawiono tak jak było w momencie wyprowadzki załogi. Ze względu na stosunkowo łatwą dostępność (200 km śnieżną zimą to dla skuterów nie problem), przez lata budynek został ogołocony ze wszystkiego co mogło się przydać mieszkańcom Kangerlussuaq i wszelakim zainteresowanym przyjezdnym. Niepotrzebna zawartość szuflad wędrowała na podłogę, rozwleczona pościel, resztki żywności i wszystko, co dotychczas nie zdołano zabrać porozwalane jest w wielkim nieładzie w pokojach pracowników, kuchni, magazynach i warsztatach.

Pozostał najcięższy sprzęt. Osiem potężnych agregatów prądotwórczych, wielkie bojlery, instalacje sanitarne, stół bilardowy, sprzęt kuchenny, żywność, wraz z resztkami ostatniego obiadu. Wszędzie widać płaty odpadającej farby zniszczonej mrozem. Na przedostatnim piętrze znajdujemy pomieszczenie odbiorcze. Tutaj przez całą dobę trwały dyżury przy oscyloskopie. Wszystko po to, by z wyprzedzeniem wytropić radzieckie bombowce zmierzające ku Ameryce. Ostrzeżenie o próbie ataku miało być wysłane systemem radiowym zaprojektowanym specjalnie dla linii stacji wczesnego ostrzegania (DEW - Distant Early Warning) ciągnącej się od Alaski po Islandię. W odpowiedzi miały być wysłane bombowce, w każdej chwili gotowe do startu.

I wreszcie jest - kopuła osłaniająca radar. Cienki laminat przepuszcza promienie słońca, we wnętrzu panuje ciepłe światło. Jedyne miejsce bez wszechobecnego bałaganu. Wyjście na galeryjkę z widokiem na lądolód. Ostry blask słońca razi oczy przywykłe do mroku panującego wewnątrz stacji.
Wieczorem czas na zanurzenie się w białą przestrzeń. Narty na nogach a za plecami coraz mniejszy obóz i stacja radarowa. Mroźny wiatr uderza w twarz. Środek lądolodu i wysokość ponad 2200 m npm. robią swoje - jest -18 stopni - prawdziwa zmiana klimatu wobec ciepłego wiosennego poranka nad fiordem. Mimo późnej godziny (jest prawie 23), słońce nadal paraduje nad horyzontem - to urok Arktyki o tej porze roku. Poza własnym cieniem absolutnie żadnych punktów orientacyjnych. Nowe oprogramowanie do przesyłania danych przez telefon Iridium zainstalowane, trzeba wracać. Zostają problemy - transmisja nie działa jak należy, będziemy o tym myśleć. Póki co, Mark i Lou oraz grenlandzka ekipa firmy Veco Polar, zajmującej się logistyką amerykańskich projektów polarnych muszą bardziej polegać na łączności krótkofalowej i satelitarnym teleksie.
Powrót do Kangerlussuaq jest jak powrót do innego świata. W pamięci pozostaje obraz
niczym nieograniczonego horyzontu i ślad niewiarygodnych wysiłków i nakładów, jakie
poniosła Ameryka by zapewnić sobie poczucie bezpieczeństwa przed pragnącym jej
zniszczenia innym supermocarstwem.
Więcej o zimnej wojnie wśród lodów północy.