
Kellyville czyli miniosiedle, w którym mieszkamy, złożone jest z pięciu domków (ściślej wielkich przyczep, rzecz jasna bez kół) oraz budynku stacyjnego, świeżo wypucowanej z sadzy agregatorni i radaru. Swoją nazwę miejsce to zawdzięcza Johnowi Kelly, szefowi działu instytucji SRI International, która włada stacją. Jednak lepiej oddające specyfikę owego miejsca jest określenie (zaczerpnięte od typu radaru) incoherent scater community, co można przetłumaczyć jako rozproszona niespójna społeczność.

Oto więc pokrótce nasi sasiedzi, a współpracownicy Tomasza.
Dom najbardziej oddalony od bazy (tj. o ok. 250 m) zajmuje duński mechanik, pracujący w stacji już trzeci rok. Ten 45-letni specjalista od silników wszelkiej maści marzy o zrobieniu licencji pilota (jego silna alergia i problemy ze wzrokiem stoją zdaje się na przeszkodzie). Z aktywności niewątpliwie preferuje zimowe szaleństwa skuterowe, latem gokarty i pływanie (wykańcza właśnie swoją łódź). Lekko wystający brzuszek zazwyczaj zamaskowany przed robocze zielone ogrodniczki. Jego obecny status matrymonialny to separant czyli mieszka sam a tylko czasami jada obiady u separantki mieszkające opodal (formalnie wciąż żony). Nie ma ulubionego samochodu więc dojeżdża do pracy raz zieloną ciężarówką, a raz czerwonym hiluxem, zabierając po drodze w/w separantkę. Potrafi być ciepłym i rozmownym facetem ale najczęściej sprawia wrażenie ponuraka i osoby małomównej. W porze lanczu pija zimne kakao. Jest dobry w swym fachu, o czym wnioskuję przez brak przerw w dopływie energii elektrycznej do mieszkania.
Kolejny dom zamieszkuje żona mechanika, która przybyła tu razem z mężem. Ma 45 lat (kilka dni starsza od męża). Do jej głównych zadań należy nagrywanie danych zebranych przez instrumenty i opieka nad kilkoma instrumentami pomiarowymi, w czym, jako osoba bardzo dokładna, doskonale się sprawdza. Jak wszyscy pozostali pracownicy stacji pełni również dyżury radarowe, z preferencją godzin wczesnoporannych (jest zdecydowanie rannym ptaszkiem). Ma ładne długie włosy i szczupłą budowę ciała (bez często spotykanych u duńskich kobiet wylewających się wałeczków tłuszczu wokół bioder). Zazwyczaj bywa cichutka i nieśmiała, aczkolwiek zagajona zawsze chętnie odpowie czy pomoże. Jest raczej typem samotnika - domownika. Nie lubi słońca chyba ze względu na migreny (więc często odcina się od świata zewnetrznego roletami) no i pali jak smok :( Poza przechodzeniem (tylko czasami) na trasie praca - dom - praca, nie udało mi się jej spotkać nigdy, choćby na spacerze, jak równiez namówić do wyjazdów na salę gimnastyczną, czy spontanicznych odwiedzin w domu. Mimo że jesteśmy tu z zasadzie jedynymi kobietami (poza grenlandzką żoną szefa nie mówiącą po angielsku), nie udało nam sie zaprzyjaźnić a szkoda. Jej ulubionym samochodem jest czerwony hilux taro, za kółkiem którego można czasem odkryć jej druga szaloną naturę.
Nieco odróżniającym się konstrukcyjnie domem jest jaskrawożółta przyczepa zamieszkana przez 31-letniego pracownika Duńskiego Instytutu Meteorologicznego (DMI). Na stacji jest niecały rok. Tak jak nasz mechanik chciałby kiedyś zostać pilotem. Lubi zimową jazdę skuterem, gokarty i, można rzec, jest ogólnie nieco bardziej terenowy niż pozostali, więc czasem uda się gdzieś razem coś pójść na polowanie, gdzieś pojechać lub przebiec. Na studiach specjalizował się w GPS-ach, teraz wdraża się w pracę przy lidarze, więc pracuje w różnych porach dnia i nocy.
Na moje oko przystojny, towarzyski, ale jednocześnie typ samotnika. Zdecydowanie najchętniej ze wszystkich przyłączy się do oglądania filmu, czy do innych rozrywkowej maści aktywności. Jest bardzo ugodowy i bezkonfliktowy. Jako bez mała jedyny ma biuro (szumnie powiedziane - raczej klitkę) bez okna i przy głównej bazowej arterii przelotowej. Zdaje się jednak być zadowolony.
Kolej na szefa. Młody (przed 40), niezwykle błyskotliwy i doświadczony inżynier z Islandii. Pracuje w stacji już dziesiąty rok. Jest towarzyski, rozmowny i, jak przystało na typ inżyniera-naukowca, mocno zakręcony. Gdy pracuje nad jakimś projektem, każda część jego ciała jest zanurzona w owe zagadnienie. Na próżno wtedy zagadywanie. Wielbiciel kawy, wypija jej hektolitry, zostawiając kubki z nieskończoną i
zapomnianą zawartością gdziekolwiek. Raz po raz podejmuje próby rzucenia palenia (w duchu mu zawsze dopingujemy). Niezbyt wysoki, łysawy, postury mocno krępawej (z okrągłym brzuszkiem, którego dorobil się w ciągu ostatnich kilku lat - tak przynajmniej wynika ze zdjęć), często uśmiechnięty. Niegdyś zdaje się dość wszechstronny i uprawiający rozliczne hobby, obecnie skoncentrował się w znacznej mierze na wyzwaniach technicznych. Poza pracą gra w kręgle i lubi oglądać filmy.
W grudniu ubiegłego roku poślubił Grenlandkę i teraz z jej trzema synami tworzą grenlandzko-islandzką rodzinę. „Szefowa”, czyli żona szefa, jest ciepło uśmiechającą się i towarzyską osobą (nie kogo innego jak właśnie ją zobaczyć można często podążającą samochodem w stronę miasteczka lub z powrotem w towarzystwie kogoś znajomego). Wcześniej nauczycielka w szkole (raczej z powołania, jako że bardzo lubi dzieci), zwolniona z racji przyjęcia wykwalifikowanych nauczycielek z Danii (które to nieprzystosowane do pracy z grenlandzkimi dzieciakami zrezygnowały równie szybko jak się pojawiły), teraz pracuje na lotnisku.
Szef, jako że mieszka najbliżej stacji (ok. 50m), do pracy najczęściej chodzi pieszo.
Tacy to ci nasi sąsiedzi.
Trudno powiedzieć, że dobrze się znamy, poza pracą rzadko mamy okazję się spotkać. Dla nas Słowian to czasem bolączka ale zdaje się normalna sprawa dla wielu innych nacji.
Swoją drogą ciekawe ile udało by się napisać o sąsiadach po półtora roku mieszkania na warszawskim osiedlu?
