Samolotem do lekarza

Na początek pytanie retoryczne: dlaczego tak mało Polaków odwiedza Grenlandię? Aby sobie odpowiedzieć wystarczy wejść na stronę monopolistycznego przewoźnika Air Greenland i wyszukać połączenie między Kopenhagą a Kangerlussuaq albo Narsarsuaq (tylko w tych dwóch miejscach lądują samoloty ze świata), albo lokalne pomiędzy dowolnymi grenlandzkimi miejscowościami. Widać, że impreza tania nie jest. Dodajmy do tego wszechobecną drożyznę na wyspie (prawie wszystko jest tu importowane, głównie z Danii).

Mimo to, Grenlandczycy podróżują, i to często. Rzadko się zdarza, by samolot do Kopenhagi miał dużo wolnych miejsc, także po sezonie turystycznym. W sezonie, ze względu na popularność niektórych tras, bilety są wykupwywane na długo wcześniej. Miejscowi chcący nagle w środku lata odwiedzić rodzinę w innym mieście, często nie mają co liczyć na wolne miejsca w samolocie. Odliczmy jednak turystów, których wiele przybywa latem na Grenlandię. Nadal do lokalnych czterośmigłowych DASH-7 pakuje się sporo Grenlandczyków. Czy tutaj się tyle zarabia, że spory nawet dla mieszkańca zachodniej Europy wydatek nie jest problemem dla miejscowych? Wręcz przeciwnie. Gdyby zapytać pasażerów dowolnego samolotu czy sami kupili sobie bilet, w większości przypadków odpowiedź brzmiałaby: nie.

Kto im więc funduje podróż? Zapewne niewielu ludzi, dla których Grenlandia pozostaje egzotycznym krajem Eskimosów, zdaje sobie sprawę, że jest to jednocześnie jeden z ostatnich najbardziej socjalistycznych krajów na świecie. Największe firmy są własnością (lub współwłasnością) państwa (a ściśle autonomii). Państwowe firmy zatrudniając pracowników bardzo często dają im miejsce zamieszkania (dom lub mieszkanie w bloku) i pewną liczbę darmowych przelotów rocznie. Ktoś musi za to zapłacić, prawda? Czyż nie ci, co podróżują za własne pieniądze? Zaskakujące jest również to, że większość Grenlandczyków nie mieszka we własnych domach, lecz je wynajmuje.
Bezpłatna jest na Grenlandii służba zdrowia (choć na ile skuteczna, o tym za chwilę). Skąd biorą się środki na funkcjonowanie tego państwa opiekuńczego? Podatki dochodowe (liniowe, rzędu 40-43%) są niższe niż w Danii, a wprowadzono je nie tak znowu dawno - w latach 70. Okazuje się, że swoją dawną kolonię nadal finansuje Dania. Nie ma w tym zresztą nic dziwnego. Podobnie jest w Ameryce - odległe rejony Alaski i kanadyjskiej Arktyki nie utrzymałyby się w dzisiejszych czasach same z siebie. Na północ wędrują duże fundusze z południa. Z tym że amerykańska Arktyka jest integralną częścią USA i Kanady. Grenlandia najpierw była kolonią, potem częścią Danii, a obecnie autonomią w jej obrębie, choć część ludności pragnie pełnej niepodległości, zapewne nie zdając sobie sprawy ile kosztowałoby odcięcie się od strumienia koron płynącego z kasy w Kopenhadze. Spora część duńskich datków natychmiast wraca z powrotem w postaci opłat ponoszonych przez autonomię na rzecz duńskich firm działających na Grenlandii.

Przejdźmy teraz do sprawy służby zdrowia i problemu, który właśnie mamy na tapecie. W ok. 500-osobowej przylotniskowej osadzie Kangerlussuaq nie ma lekarza, jest natomiast gabinet pielęgniarski. Gdy człek jest chory, umawia się z pielęgniarką. Ta zrobi co może, a poważniejsze sprawy zostawia do najbliższej (np. za miesiąc) wizyty lekarza. Wizytujący lekarz zrobi co może, lecz na badania wymagające sprzętu albo specjalisty wysyła do najbliższego szpitala. Na marginesie: wysyła albo nie - o tym za chwilę. Najbliższy szpital jest w miasteczku Sisimiut, ok. 180 km stąd. Dotrzeć tam można samolotem lub łodzią (samoloty latają prawie codziennie, a rejsowe promy kursują raz w tygodniu). Lądem teoretycznie też można, tylko trzeba być na chodzie, zabrać dobre buty, mapę i prowiant na tydzień.
Więc dobrze, lekarz stwierdza, że pacjenta trzeba wysłać do szpitala. Jeśli w Sisimiut nie są go w stanie odpowiednio potraktować, leci do stolicy Nuuk, do Droning Ingrids Hospital. Jeśli i to dla niego za mało, zostaje wysłany do Kopenhagi. Za wszystko płaci państwo. Wydaje się - nic tylko chorować, a przy okazji zwiedzi się kawałek świata.
Tak różowo nie jest. Praktyka wykazuje, że niełatwo skłonić lekarza do wydania werdyktu o hospitalizacji. Co ma zrobić pacjent, którego ból powala na ziemię, jednak lekarz nie znajduje symptomów poważnej choroby, a co za tym idzie nie chce wysłać do szpitala? Można tam polecieć na własną rękę i za własne pieniądze. Tak właśnie zrobiliśmy, z tym wyjątkiem, że mój amerykański pracodawca zobowiązał się pokryć koszty podróży zdrowotnej mojej żony (dzięki ci SRI International...). Niestety na miejscu okazało się, że podejście lekarza nie odbiega od tego, który wizytował nasze miasteczko. Co z tego, że mają tam (lub nie mają, tego nie wiem) sprzęt diagnostyczny, skoro nie chcą go użyć by stwierdzić co dolega mojej udręczonej bólem żonie? Jedynym sensownym wyjaśnieniem było to, że Sylwia powinna polecieć do najbliższego szpitala. Rejonizacja obowiązuje, a jakże.

W takich chwilach chciałoby się natychmiast znaleźć na ojcowiźnie, gdzie choć na służbę zdrowia klnie się często, to przynajmniej rozumieją przekleństwa.

ToMasz
, 1/7/2007