
26 sierpnia - wyjazd. Bóg jeden wie jak mi się nie chce. Ale daje rade... Męcząca podroż z 32 kilogramami bagażu przez Kopenhagę. Dopiero w samolocie, już nad wschodnim wybrzeżem Grenlandii, gdy z samolotu roztacza się cudowna panorama lądolodu i poprzetykane nunatakami lodowce wpływające wprost do oceanu zaczynam się dosłownie "jarać".
Na lotnisku w Kangerlussuaq na zachodnim wybrzeżu Grenlandii (Duży Fiord; w nawiasach przybliżone tłumaczenia z niełatwego języka zachodniogrenlandzkiego - jednego z języków eskimoskich) czekają na mnie znajomi z Polski, którym świadkowałam na ślubie. Tomasz pracuje w pobliskiej amerykańskiej stacji naukowej, przy radarze badającym jonosferę, a jego żona Sylwia uczy eskimoskie dzieciaki angielskiego. A raczej próbuje uczyć bo są strasznie odporne na przyswajanie wiedzy. Luz mają za duży i tyle... Sylwia z Tomaszem spędzają tu swój "miodowy rok". Spędzam u nich 6 wspaniałych dni. Terenową toyotą jeździmy po okolicy i pod pobliski majestatyczny Lodowiec Russela zakończony wspaniałym pionowym klifem.
Jest też wizyta na samym lądolodzie. Wyobrażałam go sobie jako płaską lodową równinę, a zastałam pofałdowaną powierzchnię z kilkunastometrowymi deniwelacjami, zabrudzoną szarym pyłem z moreny czołowej i poprzecinaną warkoczami rzek wpadających z hukiem do studni lodowcowych. Podobno dalej lądolód staje się płaski. Podobno. To jeszcze kiedyś sprawdzę. Na szerokości geograficznej Kangerlussuaq - nieco powyżej północnego koła podbiegunowego - lądolód oddzielony jest od morza ok. 150-kilometrowym pasmem gór i pagórków. I po tych kolorowych pagórkach porośniętych mchami, trawami i krzakami i poprzecinanych olbrzymią ilością jeziorek z kryształową wodą łaziłam przez parę dni pobytu u znajomych (Sylwia i Tomasz, dzięki wielkie bardzo bardzo za gościnę i te mięsko z renifera i woła piżmowego). Mam wrażenie, że w Polsce nigdzie nie widziałam tak intensywnych barw jesieni jak tutaj. Temperatura na lądzie spox - od 5 do 15 stopni.
Po paru dniach mojego pobytu na Grenlandii do portu w Kangerlussuaq wpływa polski jacht Zjawa. 1 września - dzień wymiany załóg - brzydki, deszczowy i ponury. Brrrr. Nie chce mi się opuszczać przytulnego ciepłego domku Sylwii i Tomka. Ale mus to mus... Sama chciałam :)
Co za bałwany, co za żeglarze wypływają w piątek!!! My! Wbrew przesądom żeglarskim! Blisko 150-kilometrowy fiord, którym płyniemy do oceanu - beautiful... "Jedziemy" na żaglach, błękitny lazur wody wśród wysokich ścian fiordu, gdzieniegdzie pokrytych lodowcami. Bajka. A pierwszej nocy rejsu spełnienie marzeń z dzieciństwa - zorza polarna. Ta pierwsza - jak miłość - najpiękniejsza. Zorze były jeszcze nie raz, ale ta pierwsza, nisko nad głowami... ach, brak słów. Pół nocy oglądania wymęczyło mnie trochę, więc rano budzę się dopiero na otwartym morzu - na wachtę. Hmmm. Dziwne, że wcześniej mnie z koi nie wyrzuciło. Kiwa jak cholera. To ten start w piątek. Neptun się wkurzył i dał nam delikatnie mówiąc w d.... Niby tylko ósemka wiała, ale nasza Zjawa przerobiona z łodzi ratunkowej kiwie na fali, oj kiwie... Niebo bezchmurne, ale bryzga falami. Nie mam sił zejść na dół po szelki ratunkowe, którymi trzeba by się do jachtu przypiąć, żeby bezpiecznie stanąć za sterem. Za to mam ochotę pawia puścić. Cholera tyle lat nie miałam choroby morskiej na morzu! I koniec przerwy :) Ale załoga dzielna i doświadczona. Prawie sami sternicy jachtowi z doświadczeniem morskim. Nikt nie marudzi, każdy dzielnie wychodzi wachty. Halsujemy się ponad dobę do kolejnego portu - Sisimiut (Mieszkańcy Lisich Nor). Wykończona - marzę o wakacjach u babci na wsi. Ale parę godzin na lądzie i ciepły prysznic stawia na nogi. Miasteczko ładne, drewniane, kolorowe domki i wszędzie te terenowe toyoty.
Zamiast na południe Grenlandii kapitan postanawia pójść na północ do Ilulisat (Góry Lodowe) aby zobaczyć najszybszy na Grenlandii lodowiec Jakobs. "Sunący" z prędkością 20-30 m na dobę i intensywnym cieleniem jest chyba najbardziej znanym lodowcem w świecie naukowym (www.nasa.gov/vision/earth/lookingatearth/jakobshavn.html). Jestem za tą decyzję kapitana wdzięczna niesłychanie. Mijamy mnóstwo potężnych, niespotykanych na wodach Spitsbergenu gór lodowych, aż wpływamy w gęste lody. A nasza łajba drewniana jest... Za sterem staje kapitan - doświadczony w lodach żeglarz, który był nominowany w tym roku do Kolosa za dopłynięcie do Wysp Franciszka Józefa (www.ozz.kalisz.pl/wiadomosci/00.htm).
Przebijamy się przez lody do portu w Ilulisat i z bliska oglądamy słynny lodowiec. Wyprawy w ten zakątek świata z biurem podróży to kolosalne pieniądze. Ale tak naprawdę odległe czoło lodowca "ukryte" jest daleko, daleko, za masą skłębionych w wąskim 30-kilometrowym fiordzie gór lodowych, którym pływy nie pozwalają na wypłynięcie na szerokie wody. Jeden wielki chaos.
Szycie żagli (standard na tym rejsie), zwiedzanie miasteczka i teraz już na południe, i to szybko bo mamy "małe" spóźnienie. Jeszcze w lodach, "w dzikich okolicznościach przyrody" spożywamy parę kilo krewetek, które dostaliśmy od rybaków - Eskimosów grenlandzkich. Z innych lokalnych przysmaków na rejsie były jeszcze jakieś ryby i wątroba wieloryba.
Przeczekujemy czarne godziny nocy (ze względu na górki lodowe) w kolejnym porcie Qeqertarsuaq (Duża Wyspa) na Wyspie Disco Bay i płyniemy 3 dni do stolicy Grenlandii - Nuuk. Można odespać zarwane noce bo w lodach starałam się niczego nie ominąć...
Podczas tańców podniebnych zórz polarnych zauważam dziwne zjawisko. Jakiś świecący plankton lub cośik podobnego, jak małe ogniki w wodzie. Przywodzi mi to na myśl film "Wojna Światów" - tajemnicze siły z nieba uruchamiają maszyny ukryte na Ziemi.
Nuuk - stolica, to miasteczko z blokami i mnóstwem - mimo jesieni - turystów. No i cenami odpowiednimi :) Ale ma swoją "starówkę" ze starym kościółkiem i pomnikiem Hansa Egede, który nieopodal założył pierwszą duńską kolonię. Tu odpowiednio obficie i wesoło :) uczciliśmy fakt, że 6 neofitów po raz pierwszy przekroczyło koło polarne (już jesteśmy poniżej). Dobrze że mieliśmy swoje zapasy, ponieważ alkohol na Grenlandii można kupić DO godziny 13!!! w pojedynczych sklepach. A później to już tylko w pubach leją.
Jeszcze kolejne porty w Paamiut (Mieszkańcy Ujścia Fiordów), Qaqortoq (Biały) i Aappilattoq. Ostatni port to prawdziwa wioska grenlandzka, bez asfaltowych dróg i samochodów. Urokliwa. Znajdujemy tu na brzegu szkielet z resztkami mięsa wieloryba. (Fuj... ) Weszłam do jednego domku i odbyłam polsko-eskimoski dialog z babiną siedząca u pieca. Ona cos mówi i się śmieje. Ja cos tam po swojemu :) Eskimosi, to wesoła nacja :) Z rozmowy z Duńczykiem - menedżerem w jednej z przetwórni rybackich (ludzie żyją głównie z rybołówstwa) dowiedziałam się że tutejsi Inuici są weseli i otwarci, ale niesforni. Na wieść o wielorybach u wybrzeży opuszczają miejsca pracy i ruszają na łowy. Bo od wieków żyli z łowów, a Duńczycy chcieli ich zamienić w pracowników biurowych, robotników itp. Tradycje i mentalność jeszcze żywe :) W miasteczkach często kontrastują z betonowym nabrzeżem zakrwawione cielska fok - czasem obrane ze skóry - czy kości innych stworzeń. Ach te klimaty... I wszędzie dużo dzieci, które żegnają nas w portach. My też mamy swoje bezkrwawe łowy fotograficzne, parę razy spotykamy stada wielorybów i fok.
Przez uroczą cieśninę Prins Christian Sund (mnóstwo "tematów" wspinaczkowych do zrobienia) przedostajemy się na wschodnie wybrzeże Grenlandii i "realizujemy naszą podróż". 4,5 doby przez Atlantyk do Reykawiku, gdzie nastąpi kolejna wymiana załóg. Ocean dla nas łaskawy. Przelot na Islandię w temperaturze 6 stopni to już komfort. Wylegiwaliśmy się na pokładzie jak w tropikach jakiś :) Nawet czapki z głów można było ściągnąć. Jeszcze zwiedzanie Reykjaviku i pożegnanie - naprawdę ciepłe. 10 osób na małym pokładzie przez 3 tygodnie, bez konfliktów - a przecież same "ludzia" z charakterem - to na pewno zasługa nas wszystkich; ale przede wszystkim kapitana, który zarażał swoim spokojem i opanowaniem w stresowych sytuacjach. Na lotnisku w Keflaviku (22 września) z tęsknotą patrzyłam na morze... A jeszcze 2 godziny wcześniej cieszyłam się że opuściłam krypę. Przekleństwo jakieś...
Po nocnych, deszczowych wachtach w temperaturze +2 stopni, z wypatrywaniem na oku małych górek lodowych wśród wysokich fal (większe góry widać na radarze, ale te małe też mogły łatwo zaszkodzić naszemu drewnianemu poszyciu; a chcieliśmy uniknąć losu Titanica) lot samolotem do domu to już pryszcz.... Jeszcze nocne zwiedzanie Kopenhagi i Polska - upalna - 22 stopnie. Ufff.
Jeszcze troszkę o dzielnej Zjawie: Jacht jest obszerny, ale koje za szerokie, a deski sztormowe za niskie; więc występują małe problemy ze spaniem przy bujaniu. Jest mały prysznic, duży zapas wody, maszynownia w której jak działa silnik można spokojnie wysuszyć mokre ciuchy, ciepła woda. Oczywiście piekarnik, w którym piekliśmy chleb i ciasto. Ale przydałby się jakiś porządny remont łajbie bo widać te jej ponad 50 lat. Na "wyposażeniu" łajby jest bosman - stała osoba, która opiekuje się silnikiem (Delfin 105 kW) pompami i takimi tam...
Długość 18,7m;
Szerokość 5.64 m,
Zanurzenie 2 m
Wysokość masztów 24 m!!!
Powierzchnia żagli 162 m2
Typ kecz bermudzki