Długa droga do dentysty

Ból zęba to jedna z gorszych rzeczy jaka może przydarzyć się tutaj, na kompletnym dentystycznym odludziu. Lekarz od zębów (gr. kigutip naqorsaq) pojawia się w naszym miasteczku najwyżej dwa razy w roku, latem i zimą, za każdym razem na około dwa tygodnie. Sądząc po trudnościach towarzyszących umówieniu wizyty, zapotrzebowanie zdaje się być znacznie większe niż czasowe możliwości dentysty. Anons o owej atrakcji (podobnie jak o pojawieniu się lekarza, fryzjera czy optyka) pojawia się na lokalnym kanale telewizyjnym. Fajnie, tylko że my nie mamy telewizji. W tym momencie pomijam barierę językową, jako że zdaje się być ona mało znaczącą.

No ale to wszystko traktuje o regularnej wizycie. Co jeśli w międzyczasie, czyli w ciągu pół roku, ząb zaboli tak, iż żadną miarą nie da się doczekać dentysty? Należy szybko udać się na lotnisko (tudzież wejść na stronę internetową AirGreenland) i kupić na własny koszt bilet do najbliższej miejscowości gdzie takowy specjalista jest. Tak oto pewnego kwietniowego dnia okazało się, że Sisimiut stanie się, chcąc niechcąc, celem mojej podróży dentystycznej. Jak się okazało, do owego miasta zmierzał również pewnien Duńczyk imieniem Kevin. Nie samolotem jednak, lecz pojazdem gąsienicowym po bezdrożach tundry.

Wspólna podróż miała trwać ok. 6 godzin. W tym czasie ratrak z przyczepą załadowaną pod niebo pustymi skrzyniami miał pokonać 180 kilometrowy dystans między Kangerlussuaq a Sisimiut. Ze względu na liczne jeziora i podmokłości przejechanie go jest mozliwe tylko zimą.
Pochmurny poranek, zmarznięta tundra niemal bez grama śniegu, czyli przeciętny wczesnowiosenny dzień miał być towarzyszem naszej podróży. Warkot maszyny nie daje szansy na rozmowę więc z nasunietymi na uszy słuchawkami oglądam szare, nurzące widoki starając się przywołać do pamięci obrazy mojej letniej pięciodniowej wędrówki tym samym szlakiem. Czas zaczyna się strasznie dłużyć. Przy tej mało imponującej prędkości zaliczenie najdłuższego jeziora na trasie zajęło nam aż godzinę. Nierówności tudry odbijają się coraz bardziej na nerkach i tylko pagórki nas otaczające niepostrzeżenie wznoszą się coraz wyżej i wyżej.
Kolejne jezioro na trasie pokonane a za nim...cała przestrzeń w śnieżnej bieli. Jakbyśmy przekroczyli linię dzielącą białą, zimową krainę od naszej szarości. Białe płatki zawirowały również w powietrzu i już po chwili wokół zrobiło się jakoś weselej, jakby w spadającym śniegu było życie. Przed nami przeszkoda do pokonania. Wzniesienie tym razem znacznie wyższe niż dotychczasowe.
Pomału, metr po metrze pojazd pnie się do góry. Przyczepność gąsienic jest zadziwiająca, jednakże kąt pod jakim wjeżdżamy, świadomość chybotliwości przyczepy, która może pociągnąć nas w dół... Trzymam rękę na klamce a duszę na ramieniu. Przyczepa przechyla się, niebezpiecznie balansując na krawędzi przewrócenia.
Taśmy mocujące niewiele dają, nasze obciążenie wprost na balansującej naczepie też zbyt mało. Dwie godziny walki i kombinowania w głębokim śniegu i udało się! Jedziemy dalej. Ciepło wnętrza rozlewa się wokół wprowadzając nas w swoisty błogostan i pozwala postrzec minioną sytuacje w kategoriach jedynie ciekawej przygody. Śnieżyca ustąpiła miejsca na chwilę słońcu, a za nami kolejna godzina i kolejne kilometry trasy. Dwa światy czyli my w cieple 2 metrów kwadratowych pojazdu i biała, bezkresna, nieludzka w swej srogości przestrzeń. Znajomy fragment doliny, w której latem po ponad 10 godzinach marszu wypatrywałam chatki na nocleg. Już zaraz powinna sie pojawić... Nagle przód pojazdu gwałtownymym zrywem wznosi się do góry a cała przednia szyba pokrywa się śniegiem, jakby ktoś ogromnym śnieżkiem wcelował w nasz "czołg". To rzeka pod nami, lód nie dość mocny załamał się tuż pod koniec jej przekraczania. Przyczepa na metr zakopana w śnieżnolodowej brei, tylna część głównej części pojazdu też. Lód przymarza do gąsienic, mimo, że woda wokół. Ach ta Arktyka! Łopata w ruch. Jeden nierozważny krok i lód pęka też pod butem, noga do połowy w brei, trudno ją wyciągnąć. Ponad godzinę trwa uwolnienie nas z okowów tej ohydnej, mokrej i zimnej brei. Tym razem mokre spodnie i buty stwarzają duży dyskomfort. Myśl o jakimkolwiek teraz wyjściu na zewnątrz, przysparza o drgawki. Kevin zwalnia nieco, przez co jazda złudnie zdaje się delikatniejsza. Kolejne kilometry mijają bez niespodzianek. Śnieg tylko zaczyna znowu padać. Sisimiut już chyba niedaleko, za tą górą już tylko prosto wzdłuż doliny. Górą!?? Wzniesienie pokonane przed kilkoma godzinami z takimi problemami zdaje się być niczym w porównaniu z tym co przed nami. Na zewnątrz już prawdziwa śnieżyca. Stoimi w połowie góry. Trochę beznadzieja. Przecież nie damy rady podjechać, za stromo. Pojazd ślizga się, gubiąc zdobywane ślimaczym tempem centymetry.
Trzeba wyjść. Niedosuszone spodnie sztywnieją od razu, śnieg sypie w oczy. Lina z wyciągarką, jakoś to wszystko omotane o kamień i zmontowane... Kilka takich stanowisk założyliśmy żeby wciągnąć pojazd na ostatnią górę przed Sisimiut. Miało być już łatwo, miało. Śnieżyca szaleje, nic nie widać, nawet czy to już szarówka. Nie widać czy jedziemy po płaskim czy po skosie, pod górkę czy w dół, do tyłu czy do przodu. Nie widać zupełnie horyzontu, nie widać nic! Mamy termos z herbatą i kawą, kilka kanapek, skarpetki na zmianę i ...telefon satelitarny. Po kilku słowach połączenie milknie, nie udaje się go ponownie nawiązać. Perspektywa spędzenia nocy w naszym "czołgu" aż tak bardzo mnie nie przeraża tylko...ten dentysta umówiony na jutro no i sygnał... miałam Tomkowi puścić sygnał jak dojadę.
Nie wiem ile czasu minęło zanim w tej szarówce pojawili się ludzie na skuterach. W tej scenerii wyglądali wprost nierealnie. Widocznie te kilka wymienionych zdań wystarczyło do przekazania co i jak. Brniemy wolno w głębokim śniegu, trasą wskazywaną przez skuterowców. Końcówka trwa i trwa. Jeszcze kilka razy wygania nas na zewnatrz konieczność odkopania ratraka ze śniegu ale to już zdaje sie nie warte wspominania.

Po 12 godzinach szczęśliwie dotarliśmy do Sisimiut. Zatrzymałam się w domu znajomego grenlandzkiego myśliwego. Jego żona już od kilku godzin wyczekiwała mnie z niecierpliwością. Łóżko tej nocy wydawało się wyjątkowo wygodne. Na wizytę u dentysty zaplanowaną na drugi dzień nie spóźniłam się ani minuty. Śnieg coraz grubszą warstwą pokrywał dachy domów w Sisimiut. Dwa dni później z wyleczonym zębem idąc przez miasto zobaczyłam machającego mi z samochodu Kevina. Ja już miałam bilet powrotny na samolot on jak się później dowiedziałam pokonał tę trasę raz jeszcze...w sumie szkoda, że nie dał znać. Może tym razem udałoby się w ciągu tych 6 godzin:)

Sylwia
12-10-2006