
Być może przejrzałeś, drogi czytelniku, nasze strony opisujące Grenlandię jako kraj ludzi współczesnych, bynajmniej nie prymitywnych myśliwych mieszkających w szałasach albo śnieżnych domkach, lecz ludzi przyzwyczajonych od co najmniej pokolenia do stylu życia i wygód współczesnej cywilizacji europejskiej. I być może starasz się uzmysłowić sobie „jak tam naprawdę jest”, jednak oczami wyobraźni widzisz wciąż obrazki z książki Anaruk chłopiec z Grenlandii, powieści dla dzieci opisującej grenlandzką „prowincję” sprzed pięćdziesięciu lat.
Mimo drastycznych kosztów transportu udało nam się nie przesiedzieć tych dwóch lat w jednym i do tego nie najbardziej reprezentatywnym dla Grenlandii miejscu. Wakacyjne podróże, podczas których poza rozkoszowaniem się urokami dzikiej przyrody odwiedziliśmy kilka grenlandzkich miasteczek i osiedli, dały nam jako taki wgląd w tutejszą rzeczywistość.
To co się od razu narzuca to odgórna szczegółowa organizacja kraju, wzorem innych państw opiekuńczych wiele aspektów życia ujęto w struktury.
Centrum życia stanowią miasteczka gminne. Trzeba pamiętać, że miejscowość licząca trzy tysiące mieszkańców to na Grenlandii już duże miasto, co nie powinno dziwić wobec faktu, że w całym kraju mieszka raptem 57 tysięcy (sto lat temu było ich ledwie 12 tys.). Gmina, zwana z duńska kommune, może obejmować miasto i okoliczne osiedla, ale równie dobrze, w związku z konglomeracją ludności i sukcesywną likwidacją małych, najczęściej rybackich osiedli, samo tylko miasto plus kawał ziemi w jego okolicach. Miasta gminne są dawnymi koloniami, które były ośrodkami duńskiego handlu i misji. Osiedla, czy też wioski mogą liczyć od kilkunastu do kilkuset mieszkańców, najczęściej rodzin rybaków lub myśliwych. Do tego dochodzą farmy owcze, małe rodzinne gospodarstwa zorganizowane nad fiordami na południu.
W każdym gminnym miasteczku można spodziewać się podobnego zaplecza - znajdziemy tam siedzibę urzędu gminy (kommuneqarfik), szpital (napparsimmavik), kościół (oqaluffik), szkołę podstawową (atuarfik), wielofunkcyjny ośrodek kultury, gdzie gra się w bingo, obchodzi uroczystości czy przeprowadza wybory, dalej salę sportową, boisko piłkarskie, supermarket, dom starców, obowiązkowo przystań i lotnisko albo lądowisko helikopterów. Punktem honorowym jest lokalne muzeum, bywa że z bezpłatnym wstępem. Trzeba jeszcze wspomnieć o bazarkach mięsno-rybnych zwanych po grenlandzku kalaaliarak, a po duńsku brædtet. Nie żeby były to jakieś wielkie targowiska (kalaaliarak znaczy wręcz mały Grenlandczyk), o nie. Po prostu zadaszona budka, gdzie zazwyczaj ktoś sprzedaje owoce swych połowów i polowań. Najczęściej widzieliśmy tam mięso i tłuszcz fok, wielorybów i reniferów oraz ryby: dorsze, pstrągi, kotoryby, ammassaty, ale zdarzyły się nawet jagody.
W niektórych miastach powołano do życia szkoły średnie i zawodowe. Nie wyjeżdżając z Grenlandii możesz kształcić się np. w dziedzinie gastronomii czy rybołóstwa. Władze będą cię za to całować po rękach i dadzą miesięczne stypendium w wysokości 4000 koron (wedle źródeł z końca lat 1990.). A jeśli chcesz studiować, to pędem do Nuuk na miejscowy uniwersytet albo do Danii. Rząd wszystko opłaci i da na drobne wydatki.
Patrząc na ulice miasta w słoneczny dzień trudno dostrzec różnicę między Grenlandią, a Skandynawią. Fakt, w tle widać góry lodowe albo nagie skały, brakuje drogi wylotowej, ale poza tym panuje atmosfera kameralnego skandynawskiego miasteczka. Kolorowe domki, trochę bloków, ulice, którymi spacerują modnie ubrane i podmalowane nastolatki, hiphopowcy w portkach z krokiem do kolan, rodziny z dziećmi w wózkach i korpulentne starsze panie z trwałymi kręconymi fryzurami. Wszyscy jakoś tak przyzwoicie odziani, że rodzi się pytanie czy na Grenlandii są ludzie żyjący biednie. Oczywiście w porcie czy na budowie kręcą się ogorzali robotnicy albo rybacy w brudnych roboczych ciuchach, ale już pracownicy przedsiębiorstw są wyposażeni w jednakową, dobrą firmową odzież. Tu i ówdzie kiwając się na boki przemknie miejscowy żul z poważnym brakiem w uzębieniu i butelką piwa w garści. To on najpewniej zaczepi i zagada, wszak ciepły tuborg pozwolił już ujawnić się jego zasobom otwartości i przyjaźni do świata.
W supermarkecie Brugsena kupujemy produkty na śniadanko i zasiadamy przed sklepem zrobić kanapki. A tu proszę, oburzone spojrzenie, jakby z niesmakiem, bo jakże to tak publicznie krajać chleb i smarować serem?Kupić chipsy czy hot-doga jest w porządku, a zrobić sobie kanapkę już nie wypada? Hej, przecież nie tak dawno twój ojciec odkrajał sobie przy ustach ochłapy surowej foki!
Kolorowe domki sprawiają, że w posępny, pochmury dzień, jakie na wybrzeżu zdarzają się często, jest jakby nieco weselej. Gorzej wyglądają bloki przypominające obleśne, szare sypialnie z naszych polskich prowincjonalnych miast. Niektóre domy są zadziwiająco małe. Tak jakby do małej kuchni wstawić jedno łóżko dla całej rodziny, wiaderko pełniące funkcję kibelka i otoczyć ścianami izolującymi od okrutnej Arktyki. Z tym wiaderkiem to niezupełnie żart. W Nanortalik większość domów (jeśli nie wszystkie) nie ma kanalizacji i przed każdym z nich stoi metalowe wiadro, a w nim czarny worek. Trzy razy w tygodniu służby miejskie zbierają te gównoworki i wywożą. Bynajmniej nie do oczyszczalni ścieków, na takie ekstrawagancje jeszcze na Grenlandii za wcześnie. Nieczystości zwykle wylewa się wprost do morza. A co z innymi śmieciami? Co się da, pali się, a złom i całą resztę gromadzi na wysypiskach. W miejscach tych można prześledzić historię motoryzacji regionu. Podstawowym środkiem transportu jest łódź. Nieposiadanie łodzi ogranicza do tego stopnia, że osobiście nie chciałbym dłużej mieszkać w nadmorskiej osadzie nie mając możliwości wyrwania się z jej ograniczonej przestrzeni życiowej. Tak więc łodzie, wszystkie bez wyjątku motorowe, różnego stanu i wieku kiwają się przy nabrzeżach albo w nieładzie walają przy brzegu.
Nieporządek jest ponoć charakterystyczny dla osad ludzkich w Arktyce. W społecznościach myśliwych koczowników nigdy nie przywiązywano wagi do ładnego wyglądu siedliska. Dodatkowo skąpa arktyczna roślinność nie pozwala zbyt łatwo ukryć śmieci, które gdzie indziej zasłoniłyby drzewa czy krzewy. Nie twórzmy jednak przesadzonego obrazu nędznych zaśmieconych miasteczek. Bo przecież przy wielu domach ujrzeć można ogródki, a w nich ładne rabaty kolorowych kwiatów, gdzieniegdzie nawet warzywa.
Wspomniałem o domu starców. Odwiedziliśmy jeden z nich, w Narsaq. Kierowniczka oprowadziła nas po budynku. Podzielono go na część dla mobilnych i unieruchomionych w łóżkach. Jest sala telewizyjna, pokój robótek ręcznych, kuchnia i oczywiście pokoje pensjonariuszy, "niestety bez łazienek". 38 emerytów przeżywa tu swoje ostatnie lata, a dla kolejnych ośmiu przygotowuje się posiłki zanoszone im do domów. O przyjęciu do takiego azylu jesieni życia decydują rodziny, specjalna komisja i ew. personel szpitala. Za pobyt się nie płaci, gdzie więc lepiej przeżywać emeryturę jak nie na Grenlandii? Czasem tylko jest problem, bo emeryt świadom, że tu skończy swój żywot, nie bardzo chce się wyprowadzać ze swego domu, mimo że i szanowna komisja, i pan doktór twierdzi, że tak będzie najlepiej.
Cofnijmy się jednak do wieku szkolnego. Szkoły podstawowe to w miastach duże budynki, a to z tej racji, że muszą zapewnić zakwaterowanie uczniom z małych osiedli, w których edukacja kończy się zazwyczaj po kilku latach, co i tak należy uznać za duży sukces i poważną inwestycję. W czasach kiedy w Polsce likwiduje się szkoły z powodu zbyt małej liczby uczniów, na Grenlandii takowe mają się dobrze, choćby uczęszczać do nich miała dziesiątka dzieci. Weźmy dla przykładu wioskę Tasiusaq nad fiordem Tasermiut w południowej Grenlandii, gdzie spędziliśmy dwa dni obserwując senne życie osady. Mieszka tam zaledwie 90 osób, a jest szkoła, gdzie uczy się czternastka dzieciaków, kościół, maleńki domek z biurem pracownika gminy, sklep i zasługujące na szczególną uwagę „centrum usługowe” (servicecenter), gdzie mieszkańcy piorą, kąpią się i korzystają z toalety. Pralki są na żetony (jedno pranie kosztuje 20 koron), ale kąpanie i sikanie jest za darmo. Podobny obiekt znajduje się w każdym osiedlu. Dla zdrożonego turysty to znakomite miejsce na doprowadzenie się do porządku. W domach nie ma bieżącej wody, ale we wsi są dystrybutory wody w postaci budek z kranem i przyciskiem. A więc wszystko fajnie, pełna kultura i wygoda. Choć w sklepie wiele nie kupisz, jednak jeśli masz łódź, możesz skoczyć na zakupy do supermarketu w gminie. Dla przybysza z zewnątrz może być nieco klaustrofobicznie, osiedla są nieraz położone na cypelkach otoczonych zewsząd wodą i stromymi stokami gór.
Są aspekty życia nie poddające się pobieżnym obserwacjom. Frapujące jest na przykład jak wygląda życie religijne Grenlandczyków. Praktycznie wszyscy formalnie należą do kościoła luterańskiego w wydaniu duńskim, jednak na ile praktyki religijne pokrywają się z wewnętrznymi przekonaniami, trudno ocenić. Tak jak po rozdmuchanych inscenizacjach związanych z pierwszą komunią w Polsce nie sposób wnioskować o głębokości przeżyć duchowych, tak po bogato inkrustowanych imprezach z okazji protestanckiej konfirmacji nie da się zbyt wiele powiedzieć o dojrzałości chrześcijańskiej przystępującej do niej młodzieży i jej rodzin. Za to bodaj w każdej najmniejszej wiosce jest kościół.
Potwierdza się wrodzona większa religijność kobiet, co wraz z ich dopuszczeniem do funkcji pastora (ministra, referenda) przekłada się na dominującą liczbę kobiet w tej profesji. Biskupem jest kobieta, do tego po rozwodzie, jednak tutejszy kościół rozwody aprobuje. Wogóle do małżeństwa podchodzi się chyba dość luźno, o czym świadczy powszechny konkubinat i zawieranie małżeństw kościelnych po wielu latach wspólnego życia. W mieście Qaqortoq samotne matki rodzą połowę wszystkich dzieci.
Zwiedziliśmy następujące miasta:
Nuuk, Sisimiut, Ilulissat, Qaqortoq, Narsaq, Nanortalik
i osiedla:
Tasiusaq, Igaliku, Narsarsuaq oraz Kangerlussuaq, nieopodal którego mieszkaliśmy.