Kulinaria c.d.,
czyli polowanie na renifera

Koniec lata i początek jesieni to najlepszy okres do polowania na renifery. Zwierzęta przez całe lato intensywnie żerowały przygotowując się na wielomiesięczną zimę. Wtedy będą mogły liczyć jedynie na suche resztki traw, zmarznięte mchy i porosty, a kiedy grunt pokryje lód lub głęboki śnieg, będą musiały poradzić sobie i bez tego (czytaj: zużywać zapasy tłuszczu i głodować).

Eskimosi, ludzie wybrzeża, od wieków podążali latem wgłąb fiordów by polować na zwierzynę lądową. Współcześni Grenlandczycy też polują, a do wypraw na renifery zachęcają ostatnio nawet władze zaniepokojone nadmierną ich populacją. Jakieś 125 tys. reniferów pasło się na zachodniogrenlandzkiej tundrze w roku 2005. Za dużo, by wyżywić wszystkie z nich - zimą wiele padnie z głodu. Zbyt duża populacja gatunku grozi jej naturalnym nadmiernym przetrzebieniem.
Polują nie tylko miejscowi. Zagraniczni myśliwi-turyści są mile widziani, ale od nich wyciąga się odpowiednie pieniądze. Trzeba mieszkać na Grenlandii co najmniej dwa lata, by nabyć prawa miejscowych. Nam stuknął raptem rok, ale spróbowaliśmy wystąpić o stosowne pozwolenie wcześniej. O ile bowiem zakup broni i amunicji nie jest problemem (do tego nie trzeba żadnych licencji), to cała reszta jest obwarowana szczegółowymi przepisami dotyczącymi uzyskania licencji, limitów, rejonów, okresów łowieckich czy dozwolonych środków transportu. A nam przydałoby się zaopatrzenie w świeże, wybiegane po bezkresnej tundrze mięso. Nie to, żeby zabijać dla przyjemności - polowania hobbystyczne zawsze źle się nam kojarzą, ale czym w tej materii będzie się różnić zakup szyneczki w sklepie od własnoręcznego zabicia zwierzęcia?

Odwiedzamy więc urząd powiatowy, gdzie wypełniam formularz, który potem trafia na biurko urzędnika w Nuuk. Urzędnik okazał się łaskawy i po dwóch tygodniach miałem w ręku dwujęzyczną książeczkę z przepisami łowieckimi, a wraz z nią druk przekazu na 50 koron. Po ich zapłaceniu i uzyskaniu limitu na określonego zwierza, pozostaje zdobyć narzędzie zabijania i ruszyć na poszukiwanie ofiary. Broń udało się pożyczyć - amerykański sztucer kaliber 30-06 z lunetą. Czeskie naboje kupiliśmy w sklepie spożywczo-przemysłowym. Mam limit na 5 reniferów i czas do połowy listopada, kiedy w naszym rejonie kończy się sezon łowiecki.

Niedzielny poranek powitał nas deszczem, słabnącym w miarę upływu minut. Wczoraj deszczowa aura zatrzymała nas w domu, dziś gdy z okien nie spłynęła jeszcze resztka kropel, postanowiliśmy wyruszyć ku przygodzie.
Pakowanie nabiera ekspresowego tempa: broń, lornetka, noże, coś do picia i jakis baton w kieszeń. Na siebie ubrania, potencjalnie nie do odzysku i stelaż od starego plecaka...do umocowania zwierza.
Przemierzamy pierwsze kilometry. Krajobraz oglądany szczegółowo przez lornetkę jest nieruchomy, ani śladu żywego zwierza. Przemierzamy kolejne pagórki coraz częściej smagane promieniami słońca. Niebo wygląda jak kalejdoskop z niebiesko-granatowo-białymi figurami. Dwie godziny wędrówki za nami. Cicha nadzieja na konfrontację ze zwierzyną rozwiewa się z każdym podmuchem jesiennego wiatru.
W końcu jest, młody renifer. Jego czujne nozdrza wychwytują z daleka nasz zapach niesiony dokładnie w jego kierunku, a sprawne nogi każą uciekać, gdzie pieprz rośnie. Rozochoceni widokiem zwierza ruszamy jego śladem, gdy nagle ku naszemu zaskoczeniu, niemal pod lufę broni wybiega stadko kilku młodych reniferów. Po chwili najdorodniejszy z nich zostaje powalony celnym strzałem. Radość wymieszna ze ekscytacją i lekkim przerażeniem. Wspólnymi siłami w ciągu godziny okładem oprawiamy zwierza i przygotowujemy do transportu. Jeszcze tylko ponad dwie godziny drogi przed nami. Niebo nieco zaciąga sie chmurami, z których od czasu do czasu pokapuje deszcz, wiatr wzmaga się na sile. Nie przeszkadza nam to jednak zupełnie. Rozgrzani bagażem i myślą o udanym polowaniu kilometr po kilometrze zbliżamy się do... naszej zamrażarki.

Polowanie na renifery w grenlandzkiej tundrze można streścić w czterech punktach:
1. Znaleźć zwierza
2. Ustrzelić
3. Wypatroszyć, ściągnąć skórę, odciąć głowę i nogi.
4. Przytargać do domu.
Najwięcej roboty jest przy punkcie 4. Mięso niesiemy na własnych plecach, nieraz kilka godzin. Nie dziwne więc, że ciężkie skóry i dorodne poroża z czaszkami zostają i długo jeszcze dekorują tundrę.

Dawno temu, gdy bronią łowiecką były łuki i włócznie, do polowania na reny potrzebna była większa grupa ludzi. Ok. 15 km na północ od naszej osady Kellyville znajdują się ślady po dawnym letnim obozie myśliwskim Assivissuit. Kamienne konstrukcje i ukształtowanie terenu pomagały w nagonce zwierząt nad brzeg jeziora. Tam zabijano je z ukrycia za skałami albo z kajaków w jeziorze. Pojawienie się na Grenlandii broni palnej położyło kres polowaniom grupowym na reny.
Z dawnych czasów pozostał sposób ściągania skóry i patroszenia. Na pierwszy rzut oka wydaje się to dziwne, ale skórę po rozcięciu jej wzdłuż brzucha można zdjąć prawie bez użycia ostrych narzędzi, posługując się głównie pięścią. Odpowiednia metoda, której nie opanowaliśmy, pozwala ponoć na wyjęcie worka z wnętrznościami jednym silnym pociągnięciem. Delikatesy takie jak wątroba, język i szpik wyssany z kości zjadało się od razu na miejscu.

Sylwia i ToMasz
09-10-2006