Obalanie polarnego mitu

Obiegowa opinia mieszkańców cieplejszych stron świata jest taka, że życie polarników i wogóle życie na Grenlandii, czy gdzie indziej w Arktyce, musi być związane z wielką niewygodą, uporczywym zimnem itd. Otóż trzeba zdecydowanie stwierdzić, że w dzisiejszych czasach życie w Arktyce, a w szczególności praca przebywających tam czasowo południowców może być nawet wygodniejsze niż gdzie indziej, daleko na południu. Przebywając w wygodnych ogrzewanych pomieszczeniach i przemieszczając się pomiędzy nimi ogrzewanymi samochodami czy samolotami, przez długie miesiące można ani razu nie zmarznąć, a nawet szczególnie nie odczuć chłodu arktycznej zimy. Nasza stacja naukowa Sondrestrom Radar oddalona jest od miasteczka o 16 km, więc stacja ma na wyposażeniu kilka samochodów, z których załoga może swobodnie korzystać. Wygodnictwo ludzkie nie ma granic. I tak część moich współpracowników, mieszkając zaledwie 150-200 m od budynku, w którym pracują, do pracy jeździ samochodami. I to wcale nie tylko wtedy, gdy mróz siarczysty, czy wicher okrutny. Zdumienie nasze (moje i Sylwii) wciąż nie ma granic, kiedy w ciepłe słoneczne dni ludzie pakują się do aut, nie chcąc przejść tych 300 kroków na własnych nogach.
Tak więc kto ciepłolubny, ten przy odpowiednich zabiegach w Arktyce nie zmarznie. Wygodnictwu ulegają także miejscowi, których przodkowie spędzali zimy w ciasnych domach z kamienia i darni, ledwo ogrzanych nikłymi płomieniami lamp tłuszczowych i własnymi ciałami. W mroźne dni większość samochodów parkujących w miasteczku pyrka sobie czekając, choćby i trzy godziny, na kierowcę. Przecież nikt nie chce wchodzić do wyziębionego auta. Skąd inąd wiem, że swego czasu wielu pracowników arktycznych stacji radarowych wczesnego ostrzegania rozrzuconych wśród pustkowi kanadyjskiej Arktyki przez cały czas swego kontraktu nie opuściło budynku.

W Hornsundzie, w polskiej stacji polarnej na Spitsbergenie też można się było tak urządzić, żeby zbytnio nie wystawiać nosa z chałupy. Oczywiście nie dotyczyło to tych z nas, do których obowiązków należały pomiary w terenie, związane np. z całodziennym wędrowaniem po lodowcu. Ci jednak, którzy obsługiwali jedynie instrumenty zainstalowane w bazie, mogli przesiedzieć niemalże całą srogą zimę w zacisznym ciepełku. Słusznie zauważa autor książki Hot Arctic, że odwiedzający Arktykę mają większą szansę na przegrzanie niż zmarznięcie. Z ciepłego samolotu jest tylko kilka kroków do ogrzewanego budynku lotniska. Stamtąd wskakujemy do nagrzenego samochodu i jedziemy do domu. A mieszkania bywają tu zadziwiająco przegrzewane, jakby mieszkańcy chcieli ogrzać się na zapas. To oczywiście nieco uproszczony obraz. Wystarczy, że samochód albo skuter utknie gdzieś po drodze, albo podczas wycieczki zerwie się porywisty wiatr. Wtedy mamy szansę na spotkanie z prawdziwą Arktyką. Kilka lat temu w okolicy Kangerlussuaq zdarzył się wypadek. Kilka osób wybrało się na wycieczkę samochodem przez zamarznięty fiord. Całkowicie zaufali swojej maszynie, która się jednak zepsuła. Dwóch postanowiło wracać pieszo. Nie mając odpowiednich ubrań, obaj zamarzli po drodze.

Niebywałe jak mocno w mieszkańcach stref umiarkowanych zakorzeniony jest mit związany z nocą i dniem polarnym. Cóż to wogóle jest? Ano po prostu dzień i noc, które trwają dłużej niż 24 godziny, wyłamując się tym samym z rytmu dobowego. Co poniektórzy postrzegają te zjawiska tak, jakby istniała jakaś magiczna linia, po przekroczeniu której dzień i noc trwają równo po pół roku. Tak kochanieńcy istotnie jest, ale tylko na biegunach! Im dalej od nich, tym noc polarna i dzień polarny krótsze. Teoretycznie kresem obu są koła podbiegunowe. Są to jednakowoż twory sztuczne, wyniki geometrycznych kalkulacji, a przez to nie oddają w pełni złożoności natury. Dziwić bowiem może fakt, że dzień polarny jest dłuższy od nocy polarnej. Dzieje się tak za sprawą zakrzywiania promieni słonecznych w ziemskiej atmosferze. W efekcie widzimy słońce, które już skryło się za horyzontem.

Kilka słów o szpetniejszym obliczu północy. Bo tak po prawdzie polarna groza dzisiaj to nie zmaganie z okrutnymi siłami przyrody, lecz raczej z samym sobą. Zwłaszcza w ograniczonych społecznościach albo tam, gdzie zimą doskwiera brak światła, można przeżyć test odporności psychicznej. Każdy, kto przezimował za kręgiem polarnym wie, jak ciemność wysysa z człeka energię i sprzyja rozdrażnieniu. Kisząc się w budynkach, do aktywności fizycznej trzeba się nieraz z trudem zmuszać, czemu sprzyja zimowy marazm. Wiadomo nie od dziś, że mieszkańcy dalekiej północy są o wiele bardziej narażeni na depresje. Światło stymuluje wytwarzanie witaminy D, która z kolei pomaga utrzymać wysoki poziom serotoniny, hormonu odpowiedzialnego za pobudzenie i nastrój.

ToMasz
18-12-2006