Jak zostałam miejscową nauczycielką

Miała to być dla mnie ważna rozmowa. Od niej zależeć miało, czy będę prężną i aktywnie realizującą się zawodowo i intelektualnie kobietą czy grenlandzką kurą domową (kukkukuuaraq). Trochę może przesadziłam:) Tak naprawdę decydującą kwestią była dla mnie możliwość kontaktu z ludźmi, zwłaszcza Grenlandczykami, poznanie ich mentalności, sposobu bycia, tradycji (o ile o jakiejś tradycji można jeszcze dzisiaj mówić).

Miejscowa szkoła - Fiordeskolen, to mały, podłużny, brązowy budynek, z maleńkim boiskiem otoczonym siatką. Dla bliżej zainteresowanych, znajduje się ona blisko budynku lotniska i policji. Jak na moje późniejsze doświadczenia ową lokalizację można byłoby świetnie wykorzystać odsyłając zakajdankowanych uczniów, koniecznie w jakieś dobrze izolowane miejsce i to najlepiej najbliższym samolotem.
Dyrektora odnalazłam bez problemu. Po moim dość formalnym i nieco patetycznym wstępie Elias pokazał mi na migi plan lekcji, a na planie przedmiot zwany „tuluttut”.Zaczęłam wątpić, czy wyrażając chęć nauki angielskiego, zostałam oby dobrze zrozumiana. Cóż, nazw innych przedmiotów nie przytoczę bo nie jestem w stanie, ale żadna z nich nie przypominała w żaden sposób angielskiego. Uznałam, że zadziałam spontanicznie bo to zawsze w moim przypadku wychodziło mi na dobre i zadeklarowałam (też na migi) chęć pracy jako nauczycielka tuluttut :)

Każdy, kto uczy w szkole, lub nawet nie uczy, uśmieje się jak powiem, że osiem godzin tygodniowo potrafi być bardzo męczące. System wypracowany w tej szkole nie zakłada oceniania uczniów w ciągu roku czyli nie ma tzw. ocen cząstkowych. W związku z tym wyegzekwowanie pracy domowej lub jakiegokolwiek przygotowania czy nawet prowadzenia zeszytu wydaje się niemożliwe. Z obecnością uczniów bywa jeszcze ciekawiej. Dziennika lekcyjnego w naszym rozumieniu nie ma. W każdej klasie jest mały zeszyt, coś na wzór dziennika, z imionami uczniów i rubryczkami na frekwencję... jedną dziennie. Bardzo często jednak zdarzają się nieobecności na jednej lub kilku lekcjach. Ich przyczyny bywają przeróżne od wyjścia na dwugodzinny posiłek do domu, pożegnanie znajomych na lotnisku, wyjazd na polowanie. Jednak najczęściej są żadne. Co wtedy? W zasadzie nic. Przynajmniej mój poziom znajomości języka zachodninogrenlandzkiego jest niewystarczający, żeby bardziej szczegółowo ”zasięgnąć języka„ w tym temacie.

Szkoła liczy ok. 60 dzieci w wieku od 7 do 14 lat. Pracuje w niej 9 nauczycieli z których większość odznacza się sporą wiedzą interdyscypliną prowadząc po kilka, zasadniczo zróżnicowanych przedmiotów. Niewielu jest nativ-ów przedmiotowych, czyli osób takich jak ja, mających tylko jeden przedmiot. Poziom uczniów jest dość mizerny ale przede wszystkim bardzo zróżnicowany. W tej samej klasie obok uczniów mówiących już dość poprawnym angielskim i mających spory zasób słów są uczniowie nie umiejący się nawet przedstawić. Wynika to ze zróżnicowanych chęci, tudzież ambicji ale chyba przede wszystkim z wcześniejszych doświadczeń językowych. Dzieci uczęszczające już wcześniej do szkół, najczęściej w większych miejscowościach, są na wyraźnie wyższym poziomie.
Kadrę nauczycielską w szkole stanowią same kobiety, niestety:) Do tego raczej nie porozumiewające się w jedynym, możliwym dla mnie w tutejszej komunikacji języku. Jak zatem łatwo się domyśleć stosunek kadry Grenlandczyków do obcokrajowców w szkole wynosi 9 : 1. Z tym rodzą się kolejne zabawne lub mniej zabawne (czytaj: irytujące) sytuacje. Wolność od pieniądza, to kwestia, której tutaj można by się mimowolnie uczyć:) Przez pierwszy miesiąc nie miałam pojęcia ile będę zarabiać a z papierów urzędu skarbowego nikt nie był mi w stanie wyjaśnić znaczenia tych przeróżnych cyfr. Wesołość moja „przemijała z wiatrem” i z każdym koniecznym do załatwienia dokumentem. Od założenia konta bankowego, rozliczeń skarbowych, itd. To wszystko w związku z 8 godzinami tuluttut.

Jeszcze na koniec kilka słów o społeczności nauczycielskiej. Do naszej dyspozycji jak w każdej „przyzwoitej” szkole jest pokój nauczycielski o wymiarach 3 x 3m. Dwa stoliki otoczone krzesłami, zbyt wieloma aby mogły być użyte przez wszystkich w jednakowym czasie. Na stolikach najczęściej rozłożone na papierach, tudzież foliowych torebkach, kawały mięs wędzonych, surowych, chleby czasem ser, kubki z kawą i herbatą. Sam widok takiej „uczty” wystarcza za lunch, uwierzcie. Po częstotliwości biesiadowania mogę tylko wnioskować, jak dużo więcej energii moje grenlandzkie koleżanki z pracy wkładają w pracę z dziećmi. I zaświadczam Wam, że para ta nie idzie w gwizdek... no może tylko nieco w biodra :)



Sylwia, 11-09-2005