Moja droga do Arktyki


Tekst do gazety szkolnej zambrowskiego liceum.
A wszystko przez wpis do księgi absolwentów...
Marzec 2006

W życiu bywa czasem tak, że jedna rozmowa, wyjazd czy przeczytana książka zafascynowują, każą poszukiwać, popychają człowieka do podążania w jakimś kierunku. Tak chyba było w moim przypadku.

Zambrowskie LO, jedyny naówczas "ogólniak" w mieście. Cztery licealne lata miały mi pomóc odpowiedzieć na pytanie "kim będę gdy dorosnę?". Trafiłam do klasy E o profilu pedagogicznym, którą tworzyły same dziewczyny i przesympatyczny wychowawca p. Janusz Walczuk, stojący niczym wódz na czele naszej sfeminizowanej trzydziestki. Niefrasobliwa, zróżnicowana charakterologicznie i fizjonomicznie, zdolna ale nieco leniwa, średnio wysportowana, aktywna społecznie ale ze słabą frekwencją - taką pamiętam tę naszą klasę.
Wspomnienie szkoły przywodzi na myśl bibliotekę w szkolnej piwnicy czynną sporadycznie, "strażnicę" woźnych, mających pieczę nad zmianą obuwia, ciasną i aromatyzowaną zapachem potu siłownię, kwitnące wiosną drzewna na dziedzińcu szkoły, nowo powstałe korty tenisowe, muzykę sączącą się na przerwach z głośników.

Nauczyciele? Trudno zapomnieć kryptofilozoficzne lekcje matematyki u p. Paździora, którego system pochwał i nagan stosowany był wedle dwóch kryteriów, którym podlegał odpowiadający, czyli "wiem co mówię" lub "mówię co wiem". Stresująca biologia wykuwana na blachę, fizyka z przekładanymi bardziej z tradycji niż potrzeby klasówkami, język rosyjski w klimacie ciszy jak makiem zasiał, geografia ciekawa i prowokująca do samodzielnego myślenia.

Chciałam być chemikiem lub astronomem. Zostałam geografem. Duża w tym zasługa naszego nauczyciela (tytułowanego jak wszyscy nauczyciele profesorem, tudzież sorem), p. Tyszki, który nie pozwalał uczyć się definicji, a pozwalał myśleć, pytać, wnioskować. Wychowawca z kolei pokazywał Tatry, te najpiękniejsze - jesienne. Bóg obdarował wrażliwością na przyrodę.
W tych okolicznościach wybór kierunku studiów stał się tak dla mnie jak i moich rodziców, wspierających i szanujących moją decyzję, oczywisty. Toruń pod każdym względem okazał się świetnym wyborem. Piękne stare miasto, dobre pierniki, sensowni wykładowcy i wspaniali ludzie na roku.
Jak się potem okazało, było jeszcze coś, co poniekąd zadecydowało o moich późniejszych losach. Stacja polarna na Spitsbergenie, która była własnością naszego wydziału! Od momentu, gdy dowiedziałam się o jej istnieniu kładłam się spać i wstawałam zdeterminowana myślą o uczestnictwie w letniej wyprawie na Spitsbergen. Stało się to moim marzeniem, natchnieniem, trochę nawet obsesją. Realizacja celu odbywała się wieloetapowo. Towarzyszyły jej długie godziny spędzone na poszukiwaniu sponsorów, wytrwałość i upór w wykazaniu zainteresowania wyjazdem i w końcu dobra wola profesora. Trzeci rok studiów, koniec czerwca. Rosyjski statek Profesor Sztokman zabiera na daleką północ ekipy kilku polskich placówek naukowych. Ja też tam jestem! Po ośmiu dniach, w różnej kondycji fizycznej i psychicznej, docieramy na Spitsbergen. Jest piękniej niż w moich wyobrażeniach. Ekipa z Torunia to dwóch profesorów, dwóch doktorów i ja. Przez dwa miesiące, podczas licznych wyjść na Lodowiec Waldemara, zbieram dane do pracy magisterskiej.
Spitsbergen, a zwłaszcza widok sąsiedniej górzystej wyspy bardzo długo towarzyszyły moim snom po powrocie.

To był czwartek, jakiegoś wczesnowiosennego dnia. Tym razem to już profesor zaproponował mi ponowny wyjazd na Spitsbergen. Wszystkie kwiaty świata zakwitły dla mnie w ciągu jednej minuty, a cała energia wewnętrzna przerodziła się w ogromną radość.
Tym razem podróż była przygodą samą w sobie. Niewielki jacht, wspaniały kapitan, podróż trwała miesiąc. Wróciłam tam, gdzie najczęściej wracały moje sny!
Następne lato - wyjazd z ekipą Duńczyków, poznanych rok wcześniej na stacji polarnej. Podjęcie studiów doktoranckich było naturalną konsekwencją wyjazdów. Kolejny rok i kolejna wyprawa na Spitsbergen, podczas której na statku poznaję swojego przyszłego męża (płynącego po raz drugi na roczne zimowanie w sacji Polskiej Akademii Nauk). Wypatrując znajomych skalistych brzegów, wiedziałam już, że zaraz po wyprawie pojadę na roczne stypendium do Danii. Pobyt za granicą traktowałam jako świeży powiew treści i doświadczeń, konieczny do realnej oceny swoich umiejętności i nabycia nowych, poznania innego systemu pracy naukowej.
Tej bajki nie koniec.

W ramach pobytu na stypendium wyjeżdżam w grupie studentów i doktorantów na Grenlandię w ramach tygodniowych praktyk. To wszystko jak sen, bo ta lodowa wyspa nie miała racjonalnego ani domniemanego prawa na znalezienie się nawet w sferze moich marzeń. Opiekun praktyk zgadza się na załatwienie mi powrotu trzy tygodnie później niż reszta grupy. Lądolód jest urzekający w swej wielkości, formach, kolorach i dźwiękach.
Ostatnie dni przed powrotem, smutek, żal, niewygoda myśli, że nie wrócę no bo jak, nie mogę nawet podzielić się tym co widzę. Tylko zdjęcia...
Nawet o pracę nie ma jak zagadać, język grenlandzki to prawdziwy kosmos.
Ostatni dzień na Zielonym Lądzie (tak go nazwał ponad tysiąc lat temu normański wygnaniec Eryk Rudy), to wizyta w stacji naukowej badającej górne warstwy atmosfery, 16 km od lotniska. Dzień to był dżdżysty, a droga wydawała się nie mieć końca.
W potokach słońca i łez opuszczam Grenlandię. Tydzień później kończę roczny pobyt w Danii i wracam.

Powrót przyniósł mi miłość, gorętszą niż moja fascynacja Arktyką.
Miłość przyniosła decyzję o życiu razem.

Zwykła ulotka zabrana ze stacji radarowej na Grenlandii... Na stronie internetowej, pod hasłem "Careers" widniała oferta pracy dla inżyniera elektronika. Życiorys napisany i wysłany. Niestety mają już kogoś na oku.

Przygotowania do ślubu. Telefon ze stacji na Grenlandii. Po roku są zainteresowani inżynierem elektronikiem z Polski, tym samym, który za pięć miesięcy będzie moim mężem!
Godziny rozmów telefonicznych, dwa krótkie wyjazdy rekonesansowe na Grenlandię.

Teraz jestem znowu w Arktyce. Na tej cudownej lodowej (a czasem zielonej) wyspie.
Egzotyka miejsca i kultury grenlandzkiej jest pociągająca. Na ile? Na dzień, tydzień, miesiąc? Na razie. Doświadczenia z mojej trzymiesięcznej pracy w tutejszej szkole są niezapomniane, nie pozostawiają jednak wątpliwości co do niemożności zaprzyjaźnienia się z kimkolwiek. Inna mentalność, inna wylewność, potrzeby, spontaniczność.
Póki co chłonąć trzeba każdy widok, każdy dzień. Nie wiadomo czy spotkamy jeszcze kiedykolwiek woła piżmowego albo renifera na środku drogi w drodze po zakupy. Nie wiadomo czy jeszcze kiedykolwiek będziemy mogli podziwiać cudowną zorzę polarną o okna naszego domu, czy odwiedzi nas myśliwy wracający psim zaprzęgiem z polowania, czy ujrzymy jeszcze bezmiar lądolodu i poczujemy smaganie arktycznego wiatru. Aktualnie nie pracuję. Nie nudzę się absolutnie, ale nie wyobrażam sobie spędzić tu całego życia.
Bliskość natury ale brak rodzimej swojskości, drzew, ciepła.
Chciałabym żyć tam, gdzie nie ma zbyt wielu "ale", jednak szczęście musi być przede wszystkim we mnie i wiem już, że wcale nie trzeba dalekich wyjazdów, żeby je odnaleźć.

Wierzę, że każdy może znaleźć swoją szczęśliwą Arktykę, choćby to był ogródek obok domu.
A życie bez marzeń byłoby po prostu mniej kolorowe.

Sylwia (1-3-2006)