Letnie podróże cz. 1

Południe, stolica, góry skaliste i lodowe


Zdjęcia w galeriach:   
Qaqortoq   
Wędrówka na dalekim południu   
Nuuk   
Podstołeczne góry   
Ilulissat = lodowe góry   

Kiedy upłynął bez mała rok odkąd zamieszkaliśmy na Grenlandii, przyszedł czas na zaplanowanie przysługującego mi urlopu. Poznanie okolic Kangerlussuaq to za mało by powiedzieć, że widziało się Grenlandię. Nęciły tętniące życiem miasteczka na wybrzeżu, dzikie strzeliste góry, zapakowany lodem fiord koło Ilulissat i pozostałości po średniowiecznych farmach Normanów. Oczywiste było więc, że ruszymy poznawać Grenlandię.

Wyprawa na dalekie południe

Rozpoczęliśmy od „tropików”, czyli od południa Grenlandii, naiwnie łudząc się, że będzie tam cieplej niż na tundrowych stepach otaczających nas na co dzień. Klimat na południu jest istotnie względnie łagodny, pogoda jednak bywa kapryśna. Zaskoczyła nas nieraz swą dynamiką, tak odmienną od tej, do jakiej przywykliśmy mieszkając 170 km od otwartego morza. Chmury, częste deszcze i silne wiatry są typowe dla wybrzeża.

Podróżowanie, jak właściwie wszystko na Grenlandii - co tu ukrywać - jest drogie. Dwa lokalne przeloty i już mamy cenę biletu do Kopenhagi. Tańszą opcją jest statek, kursujący od wiosny do jesieni wzdłuż zachodniego wybrzeża (przynajmniej w chwili pisania tego tekstu). W 2006 r. w nierentowną państwową linię żeglugową Arctic Umiaq Line zainwestowało wspólnie kilka firm turystycznych i dzięki temu od wiosny do jesieni od Narsarsuaq na południu do Ummannaaq na północy kursowały regularnie dwa statki.

Podróż statkiem, choć długaśna, jest dla turysty świetną okazją do kontemplacji krajobrazów i statkowego życia. Skaliste brzegi, góry lodowe, grzbiety wielorybów wychylających się dla zaczerpnięcia oddechu, lokalne społeczności zgromadzone na nabrzeżu by powitać statek, czy po prostu ruch na pokładzie - wszystko to warte jest godzin spędzonych w podróży. Uderzył nas blask świeżości bijący ze statku - efekt niedawnej wizyty w... Gdańskiej Stoczni Remontowej.

Na Sarfaq Ittuk wsiedliśmy w Nuuk pięknego lipcowego dnia i po dwudziestu kilku godzinach byliśmy w Qaqortoq, metropolii południa, liczącej jakieś 3500 mieszkańców. Miasteczko tonące w żółtych kwiatach, z kilkoma starymi budynkami z XVII w., kiedy powstała tu kolonia Julianehåb, jedyną na Grenlandii fontanną i stałą plenerową galerią skalnych płaskorzeźb zdaje się zasługiwać na miano najbardziej uroczego miasta południowej Grenlandii. Jedynie wszechobecne komary psują sielankowy nastrój. Wielu mieszkańców porusza się po mieście w siatkach na głowach. Gryzące owady to plaga wszystkich bez mała obszarów arktycznych. Najgorsze są jednak nie komary, tylko małe muchy, których wielkie chmury towarzyszyły nam podczas każdego dnia wędrówki, w słońcu czy w deszczu, pozwalając swobodnie odetchnąć jedynie w podmuchach silniejszego wiatru.

Na terenie obecnych gmin Qaqortoq (Biały) i Narsaq (Równina) przed wiekami rozciągało się Osiedle Wschodnie, zamieszkane od końca X w. przez Normanów, potomków islandzkich osadników. W zaciszu tamtejszych fiordów przez kilkaset lat wypasano trzody i uprawiano dla nich siano. Dziś, ponad pięćset lat po zniknięciu Normanów, pośród ruin ich domostw i kościołów znów pasą się owce, których hodowlą zajmuje się ok. 60 grenlandzkich rodzin. Oczywiście nie jest to tradycyjne zajęcie Grenlandczyków. Owce sprowadzono sto lat temu z Islandii dając nowe zatrudnienie łowcom fok. Hodowla to zupełnie inna niż ta, jaką znamy z naszych Karpat. Owieczki nie pasą się w stadach, zwykle spotykaliśmy matki z młodymi, którym zeszłej jesieni oszczędzono wyprawy do rzeźni w Narsaq. Rozproszone są na olbrzymich przestrzeniach, a obszar ich wędrówek ograniczają jedynie kamieniste doliny i strome stoki gór. W sezonie wypasu nikt ich nie dogląda, a więc i nie doi, czyli nie ma mowy o grenlandzkiej żętycy, bundzu czy oscypkach. Jesienią farmerzy ruszają w teren na islandzkich konikach i zgarniają całe towarzystwo. Część trafia łodziami do rzeźni (a stamtąd w postaci zamrożonego mięsiwa do sklepów), reszta zimuje pod dachem, żywiąc się sianem z niewielkich lokalnych upraw i karmą sprowadzaną z Danii. Droga to hodowla, dofinansowana przez państwo, nie dziwią więc niebotyczne ceny baraniny w sklepach.
Rzadko gdzie udaje się na Grenlandii znaleźć ścieżkę wydeptaną ludzką stopą, jednak kochane owieczki zadbały o optymalne trakty komunikacyjne. Ich wąziutkie perci są nieraz wybawieniem w gęstwinie zarośli, przez które trzeba by się przedzierać. Warto więc z nich korzystać wszędzie, gdzie udaje się je znaleźć - zawsze doprowadzą do celu - możliwości wędrowania są dość ograniczone, wszak wokół góry i fiordy.

Oddalamy się od zgiełku miasta, co nie znaczy, że zanurzamy się w niezmąconą ciszę. Towarzyszy nam brzęczenie much, komarów i... śmigłowców. Trwa bowiem budowa trakcji wysokiego napięcia ciągnącej się przez cały półwysep Qaqortoq. Ponieważ nie ma tu drogi, wszystkie materiały i robotnicy dostarczani są śmigłowcem, który hałasując zakłuca spokój dziewiczej przyrody.
Drugiego dnia wędrówki docieramy do najlepiej zachowanych ruin z czasów średniowiecza - kościoła w Hvalsey, zbudowanego niegdyś na terenie dużej farmy. W Watykanie znajduje się dokument mówiący o ślubie zawartym w tym kościele w roku 1408. Ślub ten przedł do historii jako ostatnie udokumentowane wydarzenie z życia grenlandzkich Normanów. Do dzisiaj z kościoła pozostały kamienne ściany kilkumetrowej wysokości. Z ich osłony przed wiatrem korzystają... tak, owce. Drewniane belki dachowe najpewniej wykorzystali Eskimosi, którzy dotarli tu z północy gdzieś w XV w. Drewno stanowiło wielką wartość w kraju pozbawionym drzew.
Pozostałe ruiny, do których dotarliśmy, nie stanowią zbytniej atrakcji i raczej nie warto się zbytnio trudzić, by do nich dotrzeć.

Wzdłuż spływającego malowniczymi kaskadami potoku udajemy się w górę doliny ciągnącej się u podnóża urwistego grzebietu Redekammen / Killavaat (na mapie nazwy duńskie przeplatają się z grenlandzkimi). Z wierzchołków grzbietu rozlega się widok na góry, fiordy i odległą krawędź lądolodu. W dole jakby Zamarła Dolina, posępna, kamienista i bez życia. W połowie lipca pokryte jeszcze częściowo lodem jeziorka i duże płaty śniegu przypominają o minionej zimie. Wśród rumoszu skalnego z trudem udaje się znaleźć w miarę płaskie miejsce pod namiot. Zanurzamy się w śpiwory, kiedy od oceanu nadciąga potężny wał chmur, który przez kilkanaście godzin będzie oddawał nadmiar swej wilgoci. Po pewnym czasie miejsce pod namiotem wypełnia się wodą, czas więc na zwinięcie dobytku i wędrówkę w poszukiwaniu lepszego biwaku. Pochmurna, mglista noc na szerokości 61°N nie jest już tak jasna jak u nas w domu, czyli za kręgiem polarnym. Zanurzeni w szarej mgle, ogłuszeni hukiem niewidocznych wodospadów, bez możliwości odczytania mapy (kto by latem nosił w Arktyce latarkę?) piątą godzinę przemierzamy pochyłe stoki, aż udaje się znaleźć godziwy grunt pod namiot. Po deszczu przychodzi silny wiatr i rano jest już prawie sucho i pogodnie. Cel wędrówki - wioskę Igaliku zbudowaną w miejscu dawnej siedziby biskupa Grenlandii osiągamy czwartego dnia po wyjściu z Qaqortoq. Wioska jest swoistą ciekawostką. Ogrodzono ją, by owce nie zjadły trawy przeznaczonej na zimową paszę. Przy prawie każdym z ok. dwudziestu kolorowych domków skandynawskim zwyczajem wznosi się maszt flagowy. Grenlandzkie i duńskie flagi wisiały w połowie masztów - trafiliśmy akurat na pogrzeb. Kiedy mieszkańcy powrócili ze skromnego cmentarza (wszystkie grenlandzkie cmentarze luterańskim obyczajem są skromne), flagi powędrowały do góry, by po pewnym czasie zniknąć aż do niedzieli.
Chwilami, w prześwicie między chmurami, widać było wierzchołek intruzji magmowej - góry Burfjeld / Illerfissalik, z której przed wiekami wypatrywano statków z Europy. Normanowie, którzy prowadzili swój żywot na wzór europejski, zależni byli od dostaw niektórych europejskich surowców i produktów. Kiedy kontakty z Europą się urwały, a klimat się ochłodził, ich farmy opustoszały na zawsze. Odwiedzenie szczytu wymaga wejścia z poziomu morza na wysokość prawie 1700 m.

Korzystając z usług lokalnej firmy turystyczno-transportowej prowadzonej przez energicznego Francuza (Jacky Simoud, www.blueice.gl) dostajemy się do Narsarsuaq (Wielka Równina). Tutaj niespodzianka. Nieopodal drugiego międzynarodowego lotniska Grenlandii (latem samoloty z Kopenhagi lądują tu dwa razy w tygodniu) rosną drzewa. Arboretrum Grenlandicum, czyli drzewny odpowiednik ogrodu botanicznego. Zdaje się, że tutejsze modrzewie mają się całkiem dobrze. Wszak znajdujemy się na tzw. linii drzew, czy też granicy lasów jak kto woli.

Narsarsuaq to dziura - setka mieszkańców, których bodajże jedyną racją bytu w tym miejscu jest lotnisko. Powojskowe bloki, trochę domków, bar, sklep i resztki amerykańskich instalacji, w tym obszerny plac, na którym wznosił się szpital zbudowany podczas wojny koreańskiej dla szczególnie ciężko rannych żołnierzy. Tutejsza lotnicza baza wojskowa została zlikwidowana w latch 1960. O ponad 30 lat przeżyła Sondrestrom Air Base, czyli dzisiejsze Kangerlussuaq. Tam swoistych pamiątek wojskowych jest dużo więcej. Oba miejsca wraz z opuszczonymi gmaszyskami radarowych stacji wczesnego ostrzegania, z których dwa wznoszą się na środku lądolodu, to dziedzictwo II wojny światowej i okresu zimnej wojny.


Podstołeczne góry

Lecimy do stolicy. Nuuk (Cypel), niegdyś Godthåb (Dobra Nadzieja), była pierwszą misją i stacją handlową Duńczyków na Grenlandii. Dzisiaj to 15-tysięczne miasto zadziwia rzędami długich piętrowych bloków. Skrzyżowania ze światłami ulicznymi, dużo samochodów, biura, hotele, warsztaty, kilka linii autobusowych - wszystko to tworzy prawdziwie wielkomiejski klimat na niewielkim obszarze. Wystarczy jednak oddalić się nieco od miasta, by zasmakować dzikich gór. Z Nuuk płyniemy wgłąb fiordu o tej samej nazwie lub wedle starej nomenklatury Godthåbfjord. Łódź płynie do osady Kapisillit (Łososie), my jednak chcemy wysiąść w połowie drogi nad zatoką Qooqut. Mamy za mało czasu, by ryzykować tak długi powrót do stolicy w trudnym górskim terenie. Skiper niby się zgadza kiedy pytamy o możliwość wysiadki w połowie trasy. Chyba jednak nie do końca rozumie o co chodzi i z trwogą zauważamy, że jakoś nie kwapi się do brzegu. Znów wyciągam mapę i staram się go przekonać do swego pomysłu. Mimo konsternacji sternika (Grenlandczycy zazwyczaj nie są ludźmi o elastycznym usposobieniu) osiągamy nasz cel i żegnamy się w przyjacielskiej atmosferze.

Pas ziemi między fiordami Nuuk i Ameralik nadspodziewanie nas zauroczył. Skaliste góry sięgające ponad 1400 m (z poziomu morza!), pokropione tu i ówdzie spoczywającymi w kotłach lodowcami, pasące się w dolinach stadka reniferów. Jeden z lodowców był dla nas nie lada niespodzianką, jako że nie zaznaczono go na mapie. Poza tą wpadką grenlandzkie mapy turystyczne są całkiem dobre. Tak czy owak, ta wpadka kosztowała nas sporo nerwów. Lodowczyk był stromy, na środku spod śniegu wystawał twardy lód. Obejść się nie dało, więc trzeba było przeć naprzód. Inną niespodzianką - tym razem zaznaczoną na mapie (pod uroczą nazwą Qullugiusaq) - było zwałowisko kamienne, przez które prowadziła na mapie kropkowana linia informująca, że to trasa turystyczna. Kłopot polegał na tym, że głazy były wielkości chałupy i pokryte śliskimi porostami, co przy padającym deszczu sprawiało wrażenie przeszkody nie do pokonania. I rzeczywiście, po godzinnym błądzeniu w tym trudnym technicznie labiryncie, wspinaniu się na kolejne głazy, by za chwilę szukać drogi zejścia, postępu jakoś nie widać, jesteśmy zmęczeni i nieco zbici z tropu. - Co będzie jak tego nie przejdziemy? - słyszę podszyte niepewnością pytanie żony.
- Przejdziemy - odpowiadam.
- A jeśli nie przejdziemy?
- Nie ma wyjścia, musimy - odpowiadam znowu, bo w istotnie poza drogą wodną, która nie wchodzi w rachubę, inaczej zupełnie utkniemy. No chyba żeby spróbować trochę wyżej... I oto hen w górze majaczy... lina. Tak, wyższe partie głazowiska są na tyle łatwe, że ktoś kiedyś poprowadził tam grubą linę i dodatkowo ustawił kopczyki z wymalowanymi trójkątami. A więc i na Grenlandii zdarzają się znakowane trasy turystyczne...


Nic nie potrafi zepsuć rozkoszy letnich wędrówek po Grenlandii, i w Arktyce w ogólności, jak wszechobecna armia powietrzna. Gryzące muchy i komary otaczają człowieka chmarą przez cały czas. Nie pozwolą nic zjeść ani wypić bez przyprawienia potraw swymi zwłokami. Wodę trzeba cedzić przez moskitierę, a o pikniku na otwartej przestrzeni nie ma co marzyć. Gdy muchy znajdą dostęp do ciała, długo wędrują szukając dobrego miejsca na obiad. W ten sposób zastępy rozmazanych much oblepiały nas w najmniej oczekiwanych mejscach. Nie straszny im deszcz, trudno o fotkę bez rozmazanych plam na pierwszym planie. Pamiątką z naszych wędrówek są mapy, które składaliśmy wraz z osiadłymi na nich tłumnie insektami. Pewien gatunek much składa jaja pod skórę reniferów. Rozwijające się larwy żywią się mięsem, po czym przez skórę wygryzają sobie drogę na zewnątrz. Nic dziwnego, że kiedy zwierzęta usłyszą te much, wpadają w histerię. Zdaje się, że ze wszystkich arktycznych obszarów, jedynie Spitsbergen jest wolny od uciążliwego robactwa.

Góry lodowe na koniec lata

Ilulissat, czyli góry lodowe. Tak nazywa się trzecie co do wielkości miasto Grenlandii położone nieopodal lodowego fiordu znanego niegdyś jako Jakobshavnfjord, dziś częściej jako Kangia lub po prostu Ilulissat. Uchodzi do niego szarżujący lodowiec (Jakobshavn, Sermeq Kujalleq), który wyrzuca z siebie ilość lodu wystarczającą do całkowitego zapakowania 30-kilometrowego fiordu. Na wodach zatoki Disko majestatycznie kołyszą się lodowe kolosy wystające ponad wodę na wysokość kilku pięter, a przecież to raptem ułamek wielkości całej góry. Pośród tych kolosów pływaliśmy pontonem pożyczonym od polskich żeglarzy. Bynajmniej nie byliśmy jedyną jednostką pływającą w rejonie. W zatoce przez całą dobę trwają połowy. Latem jest jasno cały czas, a wody roją się od ryb i krewetek. Nieustannie słychać warkot silników kutrów i mniejszych łodzi. Góry lodowe zanim stopnieją długo wędrują unoszone wodami oceanu oddalając się od brzegów największej wyspy świata. Zapewne o jedną z nich rozbił się kiedyś Titanic.

Lodowy fiord to główny magnes przyciągający do Ilulissat turystów z całego świata. My chcieliśmy jeszcze poznać trochę lądu i wybraliśmy się na kilkudniową wędrówkę przechodząc przez ciekawy kanion. Generalnie jednak poza samym fiordem i górami lodowymi, okolice Ilulissat nie wywarły już na nas większego wrażenia. Warto wspomnieć, że w mieście mieszka dwa razy więcej psów niż ludzi. To miasto psich zaprzęgów. Latem psy wegetują przywiązane łańcuchami czekając na zimę. Wszędzie widać sanie w różnych rozmiarach i kolorach. Podobnie kolorowe są grenlandzkie domy sprowadzane zazwyczaj w częściach z Danii i montowane na miejscu. Jak na trzecie co do wielkości miasto Grenlandii przystoi, są też betonowe piętrowe bloki. Całość generalnie nie zachwyca. Z Ilulissat pochodził Knud Rasmussen, urodzony w mieszanej duńsko-grenlandzkiej rodzinie. Zafascynowany tradycyjnym życiem Eskimosów polarnych, o których słyszał w młodości, założył wśród nich pierwszą stację handlową (Thule) i odbył szereg długich wypraw badających życie i tradycje Eskimosów od Grenlandii aż do Syberii. Jego publikacje stały się największym źródłem informacji etnograficznych na temat Eskimosów.

ToMasz
22-4-2007


Transport podczas wyprawy
Samoloty Air Greenland: Kangerlussuaq - Nuuk, Narsarsuaq - Nuuk - Kangerlussuaq, Kangerlussuaq - Ilulissat i z powrotem.
Statek Arctic Umiaq Line: Nuuk - Qaqortoq
Łódź KNI Assartuivik (od 2007 Royal Arctic Line Bygdservice): Nuuk - Kapisillit (wysiadka po drodze).


Do strony głównej