
Zachodnie wybrzeże Grenlandii zawsze było bardziej gościnne niż wschodnie. Żeglowne wody, wolne od lodu przez większą część roku, sprzyjały odwiedzinom. Właśnie tu we wczesnym średniowieczu osiedlili się Normanowie z Islandii, tu wiodła swoje koczownicze życie zdecydowana większość grenlandzkich Eskimosów i tu dzisiaj skupia się życie Grenlandii. Wybrzeże, granica morza i lądu - tylko ten wąski pas ziemi jest w stanie zaoferować środki do życia na wyspie w większości przykrytej lodową czapą. Dzisiaj jednak pierwsze spotkanie podróżnych z Grenlandią zwykle wyznacza lotnisko położone daleko wgłąb lądu, w miejscu, gdzie w przeszłości ludzie pojawiali się tylko na czas letnich polowań na renifery.
Kilka razy w tygodniu startuje z Kopenhagi czerwony Airbus A330 linii Air Greenland. Po czteroipółgodzinnym locie ląduje tuż przy początku Søndre Stromfjord - Kangerlussuaq, czyli Dużego Fiordu. Najdłuższy obecnie pas startowy na Grenlandii zbudowali Amerykanie, którzy to odległe od otwartego morza i ludzkich siedzib miejsce wybrali na swoją bazę lotniczą. Bluie West 8 powstała w 1941 r. jako jedna z kilku amerykańskich baz wojskowych na Grenlandii. Miejce nad długim, zamarzniętym przez wiele miesięcy fiordem wybrano z racji stosunkowo dobrej pogody, z której nadal słynie Kangerlussuaq. Amerykanie wynieśli się stąd dopiero w 1992 r. zostawiając lotnisko, wojskowe baraki i kilometry dróg łączących bazę z przeróżnymi instalacjami rozsianymi w okolicy. W terenie znajdują się nadal zaśmiecające krajobraz pozostałości tychże obiektów.
Nie ujrzysz tu typowej Grenlandii kojarzonej z górami lodowymi, strzelistymi szczytami, czy też osadami kolorowych domków zamieszkałych przez rybaków i myśliwych. Za to stosunkowo łatwo dotrzesz do krawędzi lądolodu, dokąd prowadzi najdłuższa droga na Grenlandii.
Przylotniskową osadę otacza pagórkowaty krajobraz usiany setkami jezior. Lokalna, około pięćsetosobowa społeczność pracuje na lotnisku, przy obsłudze ruchu turystycznego i w usługach. Obok amerykańskich baraków postawiono kilkanaście nowszych budynków. Wśród nich są kilkuklatkowe bloki.
Kierowcy zadziwiająco licznych samochodów zwyczajowo pozdrawiają się gestem dłoni. Przywykliśmy do tego szybko, podobnie jak do jazdy bez dokumentów i niezamykania samochodu. Bo też ryzyko kradzieży auta praktycznie tu nie istnieje. Nie ma dróg łączących osady. Ostatni odcinek najdłuższej grenlandzkiej drogi zbudowano onegdaj dla Volkswagena. W zamierzeniach droga miała wkraczać na lądolód i doprowadzać do położonej 150 km dalej stacji testowej. Tam, w trudnych warunkach klimatycznych chciano testować nowe modele samochodów.
Lądolód to jednak nie martwa masa lodu, ale żywioł, który stale się porusza, stąd żywot lodowej drogi był krótki. Niejasny status dojazdu do lądolodu wykorzystała miejscowa firma Kangerlussuaq Tourism, która do niedawna posiadała swego rodzaju monopol na klucz do szlabanu broniącego wjazdu na ostatnie 13 km drogi kończącej się w punkcie 660. Kontrowersje związane są z faktem, że na Grenlandii nie ma prywatnej własności gruntu, więc i droga prywatna być nie może.
Zawróćmy do miasteczka i poszukajmy rozrywki. Co można robić na tym zadupiu poza przemierzaniem nieskończonych przestrzeni tundrowego stepu i siedzeniem w domu? W spadku po Amerykanach została kręgielnia (jedna z dwóch na Grenlandii) oraz sala gimnastyczna z nieźle wyposażoną siłownią i sauną, a nawet niewielkim basenem otwartym kilka dni w tygodniu. Na lotnisku jest bar, jadłodajnia i bardziej elegancka restauracja. W jednym z dość obleśnie wyglądających powojskowych baraków znalazł swe lokum bar „Nordlys”, a nieopodal niego, tuż przy jednym z dwóch tutejszych sklepów, lokalna spelunka, gdzie na piwko wpadają głównie rodowici Grenlandczycy. Pieć km dalej, nad Jez. Ferguson jest jeszcze jedna knajpa, której nazwa „Rokklubben” nawiązuje do działającego tu niegdyś klubu wioślarskiego. Można więc uprawiać bar-hoping. Weekendowe życie barowe budzi się późno, gdzieś po 23, jako że z racji wysokich cen alkoholu, picie zaczyna się w domu. Podpite towarzystwo jest bardziej śmiałe i kontaktowe niż w na co dzień. Generalnie bowiem Grenlandczycy do szczególnie wylewnych nie należą.
Do miejsc użyteczności publicznej należy również poamerykański kościół, nazwijmy go „pogarnizonowym”. Co jakiś czas pastor przylatujący z miasta Sisimiut odprawia tu luterańskie nabożeństwa w języku grenlandzkim.
Pilersuisoq to firma prowadząca większy z dwóch sklepów wielobranżowych zwanych po duńsku butikami. Oprócz żywności można zaopatrzyć się w różnorakie towary odzieżowo-przemysłowe dość przypadkowego asortymentu, w tym broń i amunicję - bez żadnych formalności. Podoba ci się sztucer - płacisz, zarzucasz na ramię i idziesz na polowanie. Powinieneś jedynie wykupić licencję i przestrzegać sezonów łowieckich i limitów odstrzałów. Wiele osób poluje w okolicy na woły piżmowe i renifery uzupełniając sobie w ten sposób marne zaopatrzenie w żywność importowaną z Danii. Grenladzkie specjały dostępne w sklepach to ryby, krewetki, czasem focze mięso. Wszystko mrożone i drogie. Co ciekawe od miejscowych ryb tańsze są portugalskie szprotki w puszkach, które trafiają tu oczywiście przez Danię.
Przyzwyczajeni do słabego zaopatrzenia w Kangerlussuaq, przeżyliśmy szok ujrzawszy mnogość towarów i względnie niskie ceny w nadmorskich grenlandzkich miasteczkach, takich jak Sisimiut, Qaqortoq czy Nuuk. Tam po prostu mają normalne supermarkety.
Jedną z ofert skierowaną do turystów przez miejscowe biuro turystyczne jest musk ox safari, czyli przejażdżka autem w poszukiwaniu wołów piżmowych. Woły stanowią miejscową atrakcję, bo o ile renifery występują na Grenlandii dość powszechnie, to woły znajdziemy tylko w dwóch miejscach. Ich ojczyzną jest Grenlandia północno-wschodnia. W latach 50. w okolice Kangerlussuaq sprowadzono stamtąd stadko cielaków, które zadomowiły się tu i szybko „zawoliły” okolicę. Pasą się w małych stadkach liczących do kilkunastu osobników. Kiedy czują zagrożenie, formują rząd lub krąg obronny, zwracając w kierunku przeciwnika swe udekorowane masywnymi rogami głowy. Nerwowe parsknięcia są ostrzeżeniem by nie podchodzić bliżej. Podobno, kiedy intruz podejdzie zbyt blisko, skłonne są do ataku. Lepiej nie sprawdzać tego osobiście i nie naruszać ich strefy prywatności. Na tutejsze woły dość intensywnie się poluje, czego świadectwem są liczne kości walające się w terenie.
Największym wyzwaniem dla myśliwego zwykle nie jest wytropienie zwierza, czy strzał, tylko przytarganie zdobyczy do domu. Zimą zastrzelone zwierzęta zwykle lądują na saniach ciągniętych przez psie zaprzęgi (czasem przez skutery śnieżne), latem trzeba je nieść na własnych plecach. Łatwo zrozumieć dlaczego w terenie zostaje tyle skór i nieraz bardzo ładnych rogów czy poroży reniferów.
13 km od miasteczka znajduje się dumnie brzmiący „Sondrestrom Port” - miejsce wyładunku statku przypływającego dwa razy w roku. Tu kończy się asfaltowa nawierzchnia. 3 km dalej znajduje się Kellyville - osiedle złożone z kilku budynków Incoherent Scatter Radar Facility - amerykańskiej stacji naukowej zajmującej się badaniem jonosfery i górnych warstw atmosfery. Oczkiem w głowie pracowników stacji jest radar jonsferyczny, jeden z kilku takich na świecie, ze swoją 32-metrową ruchomą anteną. Droga pnie się jeszczcze kawałek dalej na wzgórze, gdzie stoi opuszczony budynek potężnej agregatorni, zasilającej niegdyś nadajnik radiowy z prawie czterystumetrowym masztem antenowym. Z krańca drogi widać odległy lądolód i niekończący się pejzaż pagórków. Zielony latem, czerwony i żółty jesienią i... niekoniecznie biały zimą. Śniegu pada tu mało i bywa, że zimą oczom jawią się jedynie szarobure skały i wyschnięte zarośla, podczas gdy nad głową posępnie szybują czarne kruki. Orgia kolorów to domena nocy, kiedy na niebie szaleje zorza.
Tak skrótowo rzecz ujmując wyglądają okolice, w których przyszło nam mieszkać. Nietypowe i niereprezentatywne dla największej wyspy świata. Za to z często pogodnym niebem i stabilnym prawie kontynentalnym klimatem. Wracając do Europy nie zapomnijmy, że czas odlotu może się opóźnić nawet o kilka godzin. Podczas gdy nad Dużym Fiordem świeci słońce, gdzie indziej szaleje wiatr lub panuje mgła. Trzeba poczekać na pasażerów z miejsc, które bardziej przypominają prawdziwą Grenlandię...

Sznurki