
W pierwszą niedzielę Adwentu w "centrum" osiedla Kangerlussuaq pojawiła się kilkumetrowej wysokości choinka. Oczywiście sprowadzona z Danii, bo póki co testowe uprawy świerka rosnące nieopodal nie osiągnęły wymaganej wielkości. Była wizyta św. Mikołaja, który przyjechał wozem strażackim i rozdał dzieciom paczki ze słodyczami. Potem w lotniskowym barze był kafemik, czyli poczęstunek typu kawa i ciasto. Odśpiewano grenlandzką wersję powszechnie znanej w świecie skandynawskim kolędy. Jednym słowem rozpoczął się szalony gdzie indziej w świecie okres przedświąteczny. Do sklepu trafiły świąteczne towary. Strzelby myśliwskie zostały przeniesione w kąt ustępując miejsca czekoladowym mikołajom, zabawkom i przeróżnym błyskotkom. Świąteczna gwiazda zasilana z instalacji radiowych zaświeciła u szczytu wzgórza. Co poniektóre domy zostały przystrojone świecidełkami tworząc niekrzyczącą namiastkę komercyjnych świateł, którymi napełniły się europejskie i amerykańskie miasta. Jednocześnie nastał czas największych arktycznych ciemności blednących na kilka południowych godzin.
Pożegnaliśmy Grenlandię na 10 dni życząc jej jullimi pilluarit i po nocy spędzonej w Kopenhadze u poznanego onegdaj w chatce nad jeziorem Klausa (Klaus, dzięki za miłe przyjęcie!), przedświątecznym rankiem pojawiliśmy się w Warszawie.
Czy 10 dni to wystraczająco dużo czasu na wizytę w rodzinnych stronach po pięciu miesiącach spędzonych na odludziu za kołem podbiegunowym? No tak, byłoby fajnie, gdyby nie nadspodziewanie długie wizyty u naprawiaczy zębów...
Ależ smaczne było polskie żarełko! Jak dużo ludzi na ulicach i jakie korki w Alejach Jerozolimskich! I jak miło wśród bliskich, mimo że nie wolnych od trosk... Jak zaskakująco dużo śniegu w porównaniu z naszą arktyczną pustynią... Wkrótce po roztańczonym sylwestrze trzeba się było spakować i wrócić na mroźną wyspę. Pozostało trudne do opisania uczucie niedosytu z jednej strony i spokoju, który tu panuje z drugiej...
Ukiortaassami pilluaritsi!
Niech się wam dobrze darzy w nowym roku!