Co ja robię tu?

Zaczęło się od REJSU

„Znamy się mało, to może ja się trochę przedstawię. Urodziłem się w ....”

Zanim zapadła decyzja o emigracji na Grenlandię, miałem już za sobą romans z Panią Arktyką. Trzeba jednak nadmienić, że romans uprzedził poznanie przyszłej małżonki. Ot, taki sobie kaprys, by ubarwić życiorys zimowaniem w Arktyce pociągnął za sobą poważniejsze konsekwencje. Wyuczony zawód pozwolił upiec kilka pieczeni przy jednym ogniu, czyli mieszkać w otoczeniu dzikiej przyrody, robić coś dla dobra światowej nauki i mieć z tego dochód.

Dobiegała końca trzymiesięczna noc polarna na Spitsbergenie. Już po raz drugi przeżywałem ten nieco przydługi nocleg w wysuniętym przyczółku polskiej nauki. Dwa wieczory w tygodniu poświęcone były lekturze i pisaniu listów, które mknęły do adresatów szybko jak nigdy dotąd. Jeszcze dwa lata wcześniej na pocztę czekało się w naszej stacji polarnej nawet do dwóch miesięcy, a rozmów telefonicznych łączonych przez stację brzegową Gdynia-Radio mógł podsłuchiwać cały zradiofonizowany świat. Później tchnął duch epoki i na stacji pojawiły się dobrodziejstwa łączności satelitarnej z pocztą elektroniczną włącznie. Minął kolejny rok i szerokopasmowy satelitarny dostęp do internetu położył bez mała ostatecznie kres izolacji.
Podczas jednego z wieczorów listowych dowiedziałem się, że moja koleżanka poznana podczas rejsu na Spitsbergen wybiera się na studenckie warsztaty terenowe na Grenlandię. Ja po odsiedzeniu roku wróciłem ze Spitsbergeniu, koleżanka wróciła z Grenlandii i za niecałe dwa lata, już jako małżeńska para polecieliśmy na największą wyspę świata. Tu dostałem zatrudnienie, a naszą nową komórkę społeczną wyposażono w dom - całkiem przestronny holiday cottage dostosowany do arktycznego klimatu dzięki odpowiednio podkręconym grzejnikom elektrycznym.


Przez ocean po przygodę i za chlebem

Emigrację poprzedził jeszcze rok z okładem piastowania dostojnej funkcji komputerowca w wydziale informatyki jednego z warszawskich urzędów dzielnicy. Moje odczucia w stosunku do pracy w urzędzie publicznym ewoluowały od zgrozy do swoistej rozkoszy zasiedzenia na wygodnej posadce. Spokojnych - choć przecież nie zawsze - osiem godzin zmagań z komputerami i ich użyszkodnikami. Brak wyścigu szczurów, o którym słychać tu i ówdzie oraz innych plag dzisiejszego stylu życia. Tak, trochę też stagnacja zawodowa, bo kiedy robi się niezupełnie to, nad czym w bólach ślęczało się przez lata studków, akademicka wiedza odchodzi w niebyt.
Raz po raz, porządkując papiery, trafiam na broszurę, którą przywiozła ze swojego studenckiego wyjazdu moja przyszła żona. Traktuje ona (broszura, nie żona) o amerykańskiej stacji naukowej w zachodniej Grenlandii. Otwieram internetową stronę instytucji SRI International, która prowadzi stację. W dziale Kariera widzę, że potrzebują kogoś od drutów i układów, właśnie na Grenlandii. A może by tak... Eee, przecież nie zatrudnią kogoś z Europy, bo niby jak miałyby się odbyć rozmowy kwalifikacyjne?
A jednak... Rozmowy kwalifikacyjne odbyły sie przez telefon. Pierwszą odbyłem wracając rowerem z pracy. Kolejna zaskoczyła mnie w biegu do tramwaju. Dzwoniono z Ameryki, Grenlandii i Danii. Nigdy wcześniej nie byłem tak wyczerpany po odłożeniu słuchawki.
Z mojej strony warunek był jeden. Żenię się, więc jedziemy oboje. Sylwia ucieszyła się na tę myśl jeszcze bardziej niż ja. Obiecała, że jakoś sobie poradzi przyjmując rolę „przy mężu”, póki nie znajdzie zajęcia na miejscu.


Wycieczka rekonesansowa

Entuzjazm zmniejszył się nieco po podróży do stacji, którą sfinansował mój przyszły pracodawca (wyobrażacie sobie dwudniową wycieczkę na Grenlandię z małym podręcznym plecaczkiem?). O tak, warto było przyjechać, by na własne oczy przekonać się, że amerykańska instalacja naukowa niekoniecznie musi ładnie wyglądać i mieć wygodne fotele i biurka. Do zalet życia w tejże zaliczyć trzeba przyzwoitą chatę, którą dostaje każdy pracownik i swobodę korzystania z samochodów, którymi można jeździć po najdłuższej drodze Grenlandii. Decyzja nie była oczywista. Ostatecznie staję się jednym pięciu technicznych mózgów i par rąk, których zadaniem jest przede wszystkim utrzymanie radaru i towarzyszącej mu aparatury oraz prowadzenie eksperymentów zlecanych przez fizyków atmosfery z całego świata. O samym radarze, który nieco różni się od podobnych z nazwy urządzeń służących policjantom do wychwytywania spieszących się kierowców, można poczytać w stosownym tekście.


Poślubna logistyka

Przeprowadzka na Grenlandię była naszą podróżą poślubną. Termin powrotu - nieustalony. Przed wyjazdem należało zorganizować wysyłkę bagażu - 580 kg rozdzielone pomiędzy samolot i statek. Towar na statek trzeba było dostarczyć kurierem na tzw. Nabrzeże Grenlandzkie w duńskim Aalborgu. Wypełnione po brzegi olbrzymie pudło kartonowe zapakowane na klatce schodowej należało zwieźć windą na dół, gdzie pod blokiem czekała ciężarówka. Rozepchane masą towaru pudło nie zmieściło się do windy i pieczołowicie spakowany ekwipunek trzeba było częściowo rozładować. Kiedy bagaż znalazł się na dole, przeszkodą na drodze wózka widłowego stały się trzy schodki prowadzące do wyjścia. Ostatecznie problem przeniesienia bagażu młodożeńców rozwiązali robotnicy z pobliskiej budowy.
Ponieważ żywność na Grenlandii jest średnio 3-10 razy droższa niż w Polsce, a jej asortyment ograniczony, postanowiliśmy zabrać nieco polskiego żarełka. Do tego książki, rower, narty, ubranie na każde warunki... Szczęśliwie wszystko dotarło na miejsce, choć na statek musieliśmy poczekać jeszcze dwa miesiące, jako że do rachitycznego portu Søndrestrom wpływa on tylko dwa razy w roku.


Incoherent Scatter Community czyli niespójna rozproszona społeczność?

Jak to często w stacjach naukowych bywa, w Sondrestrom Research Facility nie pracują naukowcy, tylko ekipa techniczna. Musi ona przede wszystkim wiedzieć co w tundrze piszczy od strony technicznej, choć odpowiednia wiedza o jonosferze i dziwach, które się w niej dzieją przydaje się również. Oprócz radaru i lidaru (radaru optycznego), w naszym gospodarstwie doglądamy kilkunastu innych urządzeń, należących do amerykańskich instytucji naukowych i Duńskiego Instytutu Meteorologicznego. Urządzenia wycelowane są w górę - ich zadaniem jest rejestracja różnego rodzaju promieniowania pochodzącego z górnych warstw atmosfery. Mieszkamy w złożonej z kilku budynków osadzie naukowej, znajdującej się 16 km od przylotniskowego osiedla Kangerlussuaq. Sercem stacji jest radar rejestrujący promieniowanie rozproszone (scattered) w sposób niespójny (incoherent) od cząstek elektrycznych jonosfery, stąd dziwaczne określenie naszej wioski. Abstrahując od techniki, jest w tym trochę prawdy - mimo fizycznej bliskości naszych domków, żyjemy w rozproszeniu - Skandynawowie stanowiący trzon mieszkańców nie mają w zwyczaju odwiedzania się i prowadzenia ożywionego życia towarzyskiego.

Początek fiordu Søndre Stromfjord, czyli dzis oficjalnie Kangerlussuaq jest miejscem dla Grenlandii nietypowym - można by rzec - pod każdym względem. Jeszcze do niedawna działała tu amerykańska lotnicza baza wojskowa, a lokalna społeczność składała się z wojaków i cywilnych pracowników bazy oraz jej zaplecza, w tym wielu Duńczyków. Radar korzystał z zaplecza logistycznego armii, a w stacji pracowali głównie Amerykanie. Kawalerka w wolnym czasie zrzeszała się w kołach zainteresowań, z klubem golfowym włącznie. Teraz Søndre Stromfjord nazywa się Kangerlussuaq i jest największym cywilnym lotniskiem grenlandzkim. W miasteczku mieszkają głównie grenlandzkie rodziny, przybyłe „za chlebem” na krótsze lub dłuższe kontrakty, a w naszej stacji nie pracuje ani jeden Amerykanin. Jest to jedyna osada nie położona bezpośrednio na wybrzeżu. Fiord wcina się ponad 170 km wgłąb lądu, co sprawia, że tutejszy klimat i wegetacja przypominają wnętrze kontynentu. Od kilku lat szefem stacji jest elokwentny Islandczyk, którego umysł prawie bezgranicznie oddany jest sprawom technicznym. Wypija hektolitry kawy i najgorsze, co według niego może się wydarzyć na stacji, to uszkodzenie klistrona (bardzo drogiego składnika radaru) oraz brak sprawnego ekspresu do kawy. W zmaganiach technicznych towarzyszy mu dwóch innych elektroników (z moją skromną osobą włącznie), mechanik i jedyna niewiasta zatrudniona na stacji, której dokładność wykorzystuje się np. w archiwizacji danych produkowanych w ogromnych ilościach przez nasz system radarowy. Co miesiąc dostajemy z Kalifornii grafik eksperymentów i rozdzielamy dyżury. W dobie coraz sprawniejszej automatyzacji podczas całego eksperymentu radaru grenlandzkiego musi czuwać człowiek. W skład systemu wchodzą zarówno moduły z lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia, jak i skonstruowane dziesięć lat temu. Co jakiś czas unowocześniany jest system odbiorczy.

Nauka bezbłędnego uruchomienia radaru zajmuje do kilku miesięcy. Przed każdym eksperymentem startujemy dodatkowy agregat, który dostarcza energii potrzebnej do wytworzenia wysokiego napięcia, potrzeba bowiem bez mała 120 000 woltów, by wspomniany wyżej klistron pracował z oczekiwaną mocą. Wytworzona w klistronie fala elektromagnetyczna wysyłana jest następnie w niebo. Do nadawania i odbioru sygnałów odbitych od elektrycznie naładowanych cząstek jonosfery służy ruchoma czasza anteny o średnicy 32 metrów. Skomplikowane metody analizy sygnału ukrytego w szumie pozwalają obliczyć niektóre parametry jonosferycznej plazmy, takie jak gęstość elektronów (liczba elektronów na cm3), prędkość ich ruchu i temperaturę jonów. Bazując na tych podstawowych wartościach i kierunku wycelowania anteny można badać szczegółowo zjawiska zachodzące w polarnym obszarze jonosfery.


Po godzinach

Otacza nas bezkresny pagórkowaty krajobraz arktycznej półpustyni, usiany setkami jezior (czyż to nie paradoks?). Dziewicza przyroda i oddalenie od wielkich spraw tego świata pozwalają odreagować od hałasu i tłoku miasta. Rodzi się pytanie - jak długo czynniki te będą przeważać w postrzeganiu tego miejsca? Na ile spokojne życie na odludziu osłodzą poczucie izolacji, brak bliskości rodziny i znajomych? Te i inne kwestie w pewnym momencie zaważą na decyzji o powrocie.
Na razie oboje chłoniemy Grenlandię...

Tomasz (11-03-2006, popr. 14-02-2007)


Załoga stacji Søndrestrom, luty 2006
Nie ma już narcystycznego Clausa i brakuje jeszcze Christiana, który dołączył do nas później

Do strony głównej