Ale kopie, czyli agd, rtv etc.

Uwaga, będzie trochę technicznie, choć, mam nadzieję, nie nazbyt hermetycznie.
Zacznijmy od tego, co tak nieprzyjemnie kopie każdej arktycznej zimy. Kiedy mróz sięga wgłąb gruntu, zamarzają jeziora i w ogóle przychodzi mroźna zima, zaczyna się zabawa ze sprzętem agd i nie tylko. Podchodzę do zlewu - kopniak, kilka kroków po podłodze, chcę otworzyć lodówkę - znów kopniak. Niezbyt przyjemne to doznanie jest skutkiem suchego powietrza i elektryczności statycznej - ładunków elektrycznych, które gromadzą się bezlitośnie na ciele. Każde zetnięcie z metalowym przedmiotem mającym jakiś kontakt z ziemią powoduje rozładowanie tych ładunków. Skąd jednak akurat zimą ta uporczywość?
Ano stąd, że jakoś tak w znanej mi Arktyce jest, że zimą spada wilgotność powietrza. Czy będzie to wnętrze Grenlandii ze swym suchym klimatem, czy brzeg morski na Spitsbergenie, wszędzie powietrze jest bardzo suche. 10% wilgotności względnej to nie dużo, a bywa mniej. Wejdźmy teraz do ogrzewanego pomieszczenia, gdzie powietrze z tą samą zawartością pary wodnej jest w stanie (z racji wyższej temperatury) pomieścić jej więcej niż na dworzu i wilgotność względna maleje drastycznie. Powietrze pozbawione nośników prądu, którymi są przecież cząsteczki wody, staje się całkiem dobrym izolatorem przeciwdziałającym swobodnemu przenoszeniu się ładunków. Kilka kroków po wykładzinie wystarczy by naładować się nawet do napięcia 25 tysięcy woltów (dla porównania bateria typu paluszek ma 1,5 V). Kiedy tak naładowany próbuję dotknąć np. uziemionego zlewu, przeskakuje iskra. To boli i wcale nie jest przyjemne, a na dłuższą metę irytuje. Można próbować dotykać najpierw paznokciem - wydaje się, że odczucie jest łagodniejsze. W polskiej bazie w Hornsundzie na Spitsbergenie mieliśmy sporo kłopotów z komputerami. Czasami zachowywały się w sposób po prostu absurdalny, a nieraz uszkadzały się jakoby bez powodu. Wszystko za sprawą elektryczności statycznej i braku dobrego uziemienia (o które wogóle trudno w krainie o gruncie przemarzniętym na 150 m). Niedawno chłopaki zainstalowali tam uziemienie topiąc a morzu rodzaj metalowej gąsienicy.
Wróćmy na Grenlandię. Okazuje się, że kopie nawet na dworzu. Wystarczy podejść do samochodu. Czy to on się naładował, a człowiek jest uziemiony, czy na odwrót - trudno powiedzieć. Wogóle to suche powietrze nie jest zbyt dobre dla ogólnego samopoczucia, a do tego przyspiesza starzenie. Jak to? Widać to dobrze choćby na twarzach Tybetańczyków, którzy przeżywszy 30 lat w suchym wyżynnym klimacie mają już pomarszczone twarze. A budzić się rano z Saharą w gardle też nie jest fajnie. Dlatego też nauczeni doświadczeniem poprzedniego sezonu postanowiliśmy nabyć nawilżacz. Żeby choć w domu stworzyć sobie namiastkę oazy.
I zaczęło się. Jaki typ i model wybrać? Czym się kierować? Jak zawsze w podobnych sytuacjach, internet stał się źródłem edukacji. Bo są różne typy nawilżaczy, różne konstrukcje, które z różną skutecznością działają i mają różne skutki uboczne. Ostatecznie, zmęczony czytaniem opisów i opinii użytkowników, zdecydowałem się na "ultrasilent" model firmy Hunter. Super cichy z opisu, a nawet czyjejś opinii, okazał się taką szumowiną, że trudno z nim dłużej przebywać w jednym pomieszczeniu. No szumi diabelnie. Wiatrak zasysa wodę z podstawki, przelewa ją przez metalową siatkę, skąd podmuch powietrza wydmuchuje na zewnątrz to, co zdąży odparować. Tak więc w dzień szumi sobie w sypialni, a w nocy w drugim pokoju i jakoś udaje się z nim współżyć. Wilgotność w mieszkaniu wzrosła trzykrotnie - do 30%, co jednak nadal ustępuje bardzo warunkom w wilgotnym lesie równikowym.

Tutaj mała dygresyjka, która być może przerodzi się w większą. Otóż w Kellyville, czyli osadzie kilku domków otaczających stację radarową, panuje miłościwie amerykańskie napięcie. Stacja jest amerykańska, prawie cały sprzęt też, więc i prąd z agregatów jest amerykański: 120 V, 60 Hz. To mniej więcej dwa razy mniej niż w Europie, za to trochę szybciej. Mało kto dziś pamięta, że przed wojną w Europie też było 120 V, jednak zdecydowano się przejść na bardziej ekonomiczne wyższe napięcie (oszczędność polega na mniejszych stratach w miedzianych przewodach, które mogą być dzięki temu cieńsze). W Stanach też przymierzano się do podobnego kroku, jednak tamtejsza infrastruktura elektryczna była już na tyle rozwinięta, że po prostu się nie opłacało. Inaczej się sprawa ma z częstotliwością zmian napięcia sieci. Z jakichś tam bliżej mi nie znanych powodów, agregaty pracują lepiej kręcąc się 60 razy na sekundę.
Jedna z porad, jakie dostałem przed przeprowadzką na Grenlandię, dotyczyła właśnie napięcia i częstotliwości sieci. Bo o ile np. suszarka do włosów będzie po prostu słabiej grzać przy 120 V, to jej wiatraczek może się spalić kręcąc się o 1/5 szybciej niż w zamyśle (suszarkę dostosowaną do obu standardów zażyczyliśmy sobie na prezent ślubny). Na szczęście dla wielu urządzeń to dziś nie problem. Sprzęt audio ma przełącznik 120/230, zasilacz do laptopa może pracować w szerokim zakresie zasilania. Tylko wtyczki i gniazdka są inne. Stąd tak popularne w Kellyville przejściówki. Ech, ci Amerykanie... Wszystko inaczej. Bo to nie tylko elektryczność, ale też i miary, i wagi, i objętości, i rozmiary gwintów, i sposób podawania grubości przewodów, a nawet rozmiary łóżek i kołder. Zmagam się nieraz ucząc się amerykańskich oznaczeń kabli i rur, przeliczając centymetry na cale, paskale na funty na stopę kwadratową, celsjusze na farenhajty i na odwrót...

Nieraz z rozbawieniem dostrzegamy, że w amerykańskich filmach są sprzęty rodem z naszego domu. Domy w Kellyville wyposażyła firma w latach osiemdziesiątych i trzeba przyznać, że mimo swojej siermiężności i gabarytów, sprzęt AGD działa całkiem sprawnie. Tak więc na filmach z lat osiemdziesiątych (zresztą późniejszych też) widzimy te same lodówki, kuchnie elektryczne, ekspresy do kawy i wyłączniki na ścianach co u nas. Lodówki i kuchnie niesamowicie wielkie. Niechby spróbować coś takiego wstawić do kawalerki, he, he...
Ktoś mógłby się zdziwić "to tam tak zimno w tej Arktyce, a oni lodówek używają!" Otóż wiedz, człeku, że po pierwsze nikt nie chce chadzać po musztardę na dwór, po drugie trzeba by budować jakieś magazyny, bo inaczej zwierzyna wszystko zeżre, a po trzecie najważniejsze temperatura zimą potrafi się zmieniać jak w kalejdoskopie. Dla przykładu w grudniu 2005 przez dwa dni było u nas +16°C. Co ciekawe, całkowicie roztopiony śnieg nie zostawił nawet kałuży - cała woda została od razu zassana w powietrze. Wróćmy jeszcze do elektryczności. Podobnie jak prawie wszędzie na Grenlandii, nasze chałupy ogrzewane są elektrycznie. Zużycie prądu z agregatów w chłodne dni wzrasta ponad trzykrotnie w stosunku do lata. Eletryczne piecyki żyją swoim życiem. Włączane i wyłączane termoregulatorami, co pewien czas odzywają się sekwencją stęknięć i stukotów, zupełnie jakby deszcz o parapet walił (a przecież na zewnątrz -20°C). Milkną na jakiś czas i znowu.

Jakiś czas temu przy agregatorni zainstalowano wymiennik ciepła i teraz główny budynek stacji ogrzewany jest kaloryferami rodem z instalacji c.o. w naszych blokach. Nie licząc kosztów instalacji, jest to darmowe ciepło, bo pracujący agregat wytwarza go naprawdę dużo, a i tak jeszcze wymaga dodatkowego chłodzenia. Płyn chłodzący (niezamarzająca mieszanka 40% glikolu i 60% wody) krąży wokół silnika. Starczy na ten temat. Aha, może jeszcze jedno. Podobny wymiennik ciepła, tylko dużo większy, zainstalowano przy radarze. Klistron, specjalna lampa próżniowa wytwarzająca falę radiową o mocy 3 MW, ma sprawność zaledwie 30%. Tak więc 70% energii marnuje się w postaci ciepła, które trzeba oddać do atmosfery. I jeszcze coś. Z tych 3 MW wypromieniowanych do jonosfery, wraca moc rzędu pikowatów czyli 1018 razy mniej! Tym ochłapem musi się zadowolić system odbiorczy i spece od badania jonosferycznej plazmy.

Skoro już o różnorodności standardów mowa, to dodajmy, że w odtwarzaczu video, który zastaliśmy w naszym grenlandzkim domu, nie odtworzy się europejska taśma nagrana w systemie PAL, bo tu mamy amerykański NTSC. Płytki DVD też są nagrywane w różnych standardach, choć w tym przypadku większość czytników radzi sobie z problemem, co nie znaczy że wszystkie.

A na koniec trochę o unifikacji. O czymś, co łączy ze światem. Przyznam, że gdyby nie internet, żyłoby się nam w tym izolowanym towarzysko (i nie tylko) miejscu dużo trudniej. Internet pozwala poczytać wieści z kraju i ze świata, dokształcić się kiedy trzeba, znaleźć coś dla ducha i dla ciała (choćby przepisy kucharskie), przetłumaczyć to i owo na ludzki język, utrzymywać kontakt z ludźmi i prawie za darmo pogadać przez telefon. Łaskawy pracodawca póki co pokrywa wszelkie związane z tym rachunki, które są niemałe. Na podobną umowę z dostawcą internetu, jaką firma SRI musiała podpisać z Tele-Post Greenland A/S, nikt by się w Polsce nie zgodził. Ale SRI nie miała wyjścia, bo w dzisiejszych czasach bez tego medium nie można sobie wyobrazić funkcjonowania stacji badawczej.

ToMasz
3/12/2006